Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    6 dni ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    2 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    7 dni ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
  • When your Sunday chicken gets a bit burnt on tophellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli When your Sunday chicken gets a bit burnt on top but you don't care because you know it's going to be delicious #chicken #chickenroast #yummy #homemade
  • I have the best boyfriend who made me a dairyhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli I have the best boyfriend who made me a dairy free omelette for breakfast #breakfast #omelette #omelet #homemade #lovelyfood #instagood
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38828
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

wycieczka

niczym pasterze, wlekliśmy swoje stado maneli

Niedziela, piekny dzien, kiedy L. ma wolne.

Pojechaliśmy do naszego nowego mieszkania, wnieśliśmy tam następną porcję tobołów. Było 30 stopni, ja wzięłam się za malowanie szafek, a L. za wiercenie dziur. Nie pytajcie – nie wiem po co te dziury, ale ponoć są nam potrzebne. Rozebrałam się do tego machania pędzlem prawie do rosołu, bo szkoda mi było ciuchów. Nie mam żadnych starych, spranych ciuchów. Kiedy staraliśmy się upchać cały nasz dobytek do samochodu, żeby przewieźć go przez całą Europę i miałam wybór między spranym podkoszulkiem, a książką kucharską, to brałam książki.

Ja pomalowałam szafki, potem wypoziomowałam lodówkę, włączyłam ją i zadowolona z efektów zrobiłam sobie herbatę. Potem przyszedł L. z odkurzaczem, zagadał do mnie coś nie coś po norwesku i nawet udało mi się cośtam w miarę z sensem odpowiedzieć.

Potem nawet wypróbowałam nasz prysznic, bo w którymś kartonie znalazłam ręcznik. Szamponu niestety nie, w związku z czym teraz mogę się pochwalić niewyjściowymi strąkami włosów zmoczonych, ale nie umytych, a potem wyschniętych w upalnym słońcu.

Jak już skończyliśmy prace w mieszkaniu, to poszliśmy do restauracji indyjskiej. Zamówiłam chicken korma, ale ze sceptycznym podejściem, bo w Cork w jednym miejscu podawali taką wspaniałą, że bałam się, że tu będzie rozczarowanie. Na szczęście tak nie było. Była prawdziwa, aksamitna korma, w której czuć było nerkowce i kokosy. Do tego chlebek naan właśnie taki, jak być powinien. Mniam. Na pewno pójdziemy tam znowu.

A z innej bajki, to chyba będzie już czas rozejrzeć się za pracą w tym północnym kraju. Straszne to i przerażające. Język słabo, a śni mi się praca w biurze. Niby teoretycznie jest tu mnóstwo firm, w których językiem służbowym jest angielski, nawet sam L. mówi, że u niego w pracy jest dwóch Polaków, którzy nie mówią w ogóle po norwesku, nawet mniej niż ja, a pracują, tak jak L. w biurze. Ale… Zobaczymy, nie będę narazie marudzić, bo jeszcze mnie nic złego nie spotkało…

A niżej wklejam zdjęcie z naszej przeprowadzki dobytku przez całą Europę, niczym pasterze, wlekliśmy swoje stado maneli przez Irlandię, Francję, Belgię, Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię, aż dowlekliśmy. Prowadziłam samochód całą drogę ja, bo L. miał prawko tylko na Irlandię. Umęczyłam się, ale byłam z siebie dumna. Samochód w ogóle też kupiliśmy specjalnie na okazję przeprowadzki. Stary wrak, którym jakoś dojechaliśmy, chociaż bywało różnie. Szczególnie, kiedy się okazało, że trzeba cały czas jechać na zbyt wysokim biegu, bo na normalnym będzie krztuszonko. Musiałam jechać powyżej 105km/h, żeby na piątce nie było wyraźnego krztuszenia. Jak tylko wskazówka spadała poniżej magicznej granicy 105, to szybciutko trzeba było wrzucać czwóreczkę. Do tego jechałam po złej stronie samochodu (próbowaliśmy w Irlandii kupić samochód z kierownicą po europejskiej stronie, ale taki jak chcieliśmy, a do tego stary, tani i w takim krótkim czasie, to już się okazało niemożliwe. W każdym razie z okazji siedzenia po złej stronie samochodu, L. musiał mi mówić co się dzieje po lewej, kiedy chciałam wyprzedzać TIRy jadące 100km/h, bo inaczej bym musiała za nimi warczeć na czwórce, poza tym chyba nigdy bym nie dojechała.

Wklejam kilka fot, ale po kliknięciu można zobaczyć cały album.

Normandia:

Normandia

Le Havre we Francji:

Le Havre

 

Dania – śniadanie na samochodzie. :)

Dania

zjesc obiad

Nowiny:

Na dobre zadomowilismy sie w nowym mieszkaniu, nawet rozpakowalismy juz naprawde z 90% tobolow i pudel. Zostaly tylko te, w ktorych sa niewymiarowe ksiazki, ktore potrzebuja wiekszej polki, ktora czeka na zbudowanie. Miedzy innymi sa tam oczywiscie moje ksiazki kucharskie, na szczescie nie wszystkie, bo te najulubiensze trzymam na stoliku w salonie po prostu.

Za chwile moje urodziny, tak wiec z tej okazji postanowilismy zrobic male przyjecie w naszym mieszkaniu. Przyjdzie 13 osob, a ja postanowilam tych wszystkich ludzi nakarmic (w tym wegetarian). Nie ma to jak sie tak napracowac z okazji urodzin, ze pod koniec dnia juz sie czlowiek w ogole nie bedzie przejmowal tym, ze sie robi sedziwy. W planach mam rozne potrawy, ale wszystkiego jeszcze nie wymyslilam, takze napisze Wam to i owo pozniej.

Druga nowina, to taka, ze ucze sie w domu norweskiego. Ucze sie sama z ksiazek i plyt, poniewaz okazuje sie, ze trudno znalezc kurs norweskiego w okolicy, najwyzej mozna sobie wynajac prawdziwego Norwega, zeby przyszedl do domu we wlasnej osobie i mowil po norwesku za ciezkie pieniadze. Ja jednak mam Norwega w domu codziennie i to za darmo… Nauka idzie mi roznie, w zaleznosci na ile jestem zmeczona po pracy, a czasami po prostu padam na twarz. No, ale tak to juz jest, ze trzeba pracowac, nie? W dobre dni nawet mi sie wydaje, ze zaczynam cos lapac z tego norweskiego, szczegolnie, ze to taki angielski, tylko troche inaczej wymawiany. Ucze sie raczej, kiedy L. nie ma, zeby mnie nie rozpraszal, a potem jak jest w domu, to przepytuje go z roznych slow.

W ostatni czwartek pojechalismy az do Youghal zjesc obiad u Luigiego, ktory sie strasznie ucieszyl na nasz widok i zaraz nas wypytal, czy przyjechalismy az do Youghal specjalnie, zeby u niego zjesc. Potwierdzilam, bo tak wlasnie bylo. Zjedlismy tam rozne pysznosci, miedzy innymi nadziewana kalamarnice. Mniam mniam.

przejscie oryxow i zyraf

Kochani,
Byl taki wspanialy, dlugi weekend, ze az nie moge sie otrzasnac i znalezc sobie miejsca w pracy. Moze ze znalezieniem sobie miejsca w pracy mam problem takze dlatego, ze brygada monterow wlasnie instaluje nam nowe meble, tak wiec siedze na jakims zepsutym krzesle i lacznie mam miejsca mniej, niz w szkolnej lawce. A z laptopem i telefonem trudno jest na takiej malej przestrzeni sie zmiescic.
Weekend zaczal sie juz w piatek, kiedy spotkalam sie z moja ukochana S. i jej siostra i siostry przyjaciolka, ktore przyjechaly az z Wisconsin, zeby odwiedzic S.
Pojechalysmy do parku Fota, ktory bardzo lubie i znow kupilam sobie tam roczne czlonkowstwo, tak wiec moge tam wchodzic za darmo przez rok z osoba towarzyszaca. Juz kiedys mialam taki karnet i wykorzystalam go wtedy w pelni, wiec sie nie martwie, czy sie to oplaca. Lazilysmy po tej Focie kilka godzin i udalo nam sie zobaczyc karmienie gepardow. Strasznie to jest fajne widowisko i utrzymuje gepardy w swietnym zdrowiu psychicznym i fizycznym. Fota dostala za ten pomysl duzo nagrod i lacznie urodzilo im sie juz 200 gepardzich kociat od kiedy otworzyli park 29 lat temu. Dzieki temu parkowi i innym podobnym w ogole nie odlawia sie juz dzikich gepardow, zeby trzymac je w zoo.
Widowisko polega na tym, ze posilek w postaci martwego kurczaka w calosci z pioroami, albo martwego krolika w calosci z futrem, jest uwiazywany do sznurka, ktory jest przesuwany nad wybiegiem z predkoscia 65km/h i koty musza sobie po protu upolowac to jedzenie.
Uwielbiam tam chodzic, bo zwierzeta maja strasznie duzo miejsca, a niektore wrecz biegaja wolno po calym parku, na przyklad kangury. Ta ilosc miejsca oznacza jednak, ze czasami sie niektorych zwierzac w ogole nie zobaczy, ale to tez, moim zdaniem jest w porzadku, bo dzieki temu maja troche spokoju z dala od zwiedzajaych.
Po Focie poszylsmy do ogrodow, ktore tam sa, a potem na plaze z jaskiniami. Caly dzien byl niesamowicie relaksujacy i wrecz taki wakacyjny. Wieczorem w domu byl juz po pracy L., co tez jest niesamowita atrakcja, bo strasznie sie za nim stesknilam, kiedy byl w Norwegii.
Nastepnego dnia byla sobota i musialam isc do pracy, ale jakos to przezylam, szczegolnie, ze nastepna byla niedziela, w ktora znow poszlismy do Foty, ale z L.
Tym razem bylismy po poludniu i strasznie duzo zwierzat dostawalo wtedy jesc, co bylo tez swietne, bo ich sie pelno wszedzie krecilo. I nawet zobaczylismy karmienie fok i przejscie oryxow i zyraf z ogromnych padokow do domow (w wypadku oryxa to taka stajenka, a dla zyraf to nie wiem jak to nazwac – hangar? hala? strasznie wysokie to jest.)
Wieczorem byla romantyczna kolacja w restauracji u Sycylijczyka i w ogole byl to cudowny dzien.
A wczoraj byl poniedzialek – tutaj swieto i w dodatku swieto takie, w ktore ja nie musze pracowac. W naszym miescie odbywal sie coroczny maraton, z ktorego okazji cale centrum miasta zostalo zamkniete dla samochodow. Wybralam sie tam jako widz i cudownie bylo chodzic po takim calkiem pustym i cichym miescie. W maratonie biegl moj szef, wiec ustawilam sie na 26. mili, zeby go zagrzewac do biegu. Czekalam tam godzine, bo nie bylam pewna dokladnie kiedy bedzie biegl i naklaskalam sie i nazagrzewalam do walki biegaczy tak, ze az mnie bolaly i rece od klaskania i gardlo. Wreszcie biegl szef i nie wygladal wcale na zmeczonego, chociaz mi potem napisal smsa, ze juz wtedy padal na twarz.
Bylam pod takim wrazeniem tych dzielnych maratonczykow, ze postanowilam az pojsc piechota do domu. Nigdy nie szlam piechota z miasta do domu, bo po prostu uwazalam, ze nie jest to mozliwe. Po drodze jest non stop pod gore, moze ze trzy kilometry i w duzej czesci jest tak jakby pionowo pod gore. Dosc powiedziec, ze z mojego okna widze druga strone doliny, ale miasta, to juz nie, bo jest zbyt nisko w dolinie.
Chyba calkiem zwariowalam z tym pojsciem na piechote!
Zaden ze mnie piechur, ani inny wspinaka, prawde mowiac kondycje mam tragiczna, w duzej mierze dzieki studiowaniu w ostatnim roku. Jak zaczelam wlazic, to pierwszy zawal mialam juz chyba po pietnastu minutach, a potem bylo juz tylko gorzej. Pod koniec chcialam sie juz polozyc na chodniku i tak zostac na zawsze, ale nie moglam, bo bylo tak stromo, ze sie balam, ze zjade po prostu w dol. Moj chlopak nieraz wchodzi pod ta gore i sie az tak nie skarzy, a takze widzialam posrod tej meczarni babe z wozkiem, ktora ten wozek z dzieckiem wepchala na ta gore jakos i mnie wyprzedzila przy tym. Takze wiem, ze to jest rzeczywistosc subiektywna. Ale w moim wypadku zawsze tak bylo, niezaleznie od tego jaka mialam kondycje. Szkolna wycieczke w Tatry wspominam jako kare boska i nigdy w zyciu juz tam na pewno nie pojade, bo i po co, skoro nie mam najmniejszego zamiaru sie katowac po tych trasach. Pod gore nie umialam nigdy wchodzic, bo po prostu zawsze mi brakowalo powietrza i tak jest do tej pory. Najbardziej mi sie udalo to udowodnic, kiedy chodzilam na silownie jeszcze w Polsce i robilam 9 km na bierzni bez problemu, ale jak sobie podkrecilam bierznie, zeby byla pod gorke, to nawet kilometra nie umialam zrobic. Ciekawe o co w tym chodzi.
No tak czy siak jakos wlazlam i nie umarlam, ale wiecej sie nie bede na to porywac. Prawdopodobnie tez nie bede musiala, bo w czwartek idziemy ogladac mieszkania pod wynajem po drugiej stronie miasta, gdzie jest plasko i nawet sa drzewa, co w Irlandii wcale nie jest takie czeste. Wlascicielka  jednego z mieszkan ostrzegla, ze w dalszym ciagu mieszkaja w nim lokatorzy, ktorzy beda obecni podczas ogladania i ze oni sa z Finlandii, wiec ona ostzrega, ze prosza ludzi, zeby sciagali buty i ze ona przeprasza za to dziwactwo. Rozesmialam sie z tego i jej powiedzialam, ze moj chlopak jest z Norwegii, a ja z Polski, wiec tez tak robimy i gosciom tez kazemy buty sciagac.
A na koniec powiem Wam, ze skonczylam wreszcie te studia i nawet przyszly wyniki, zreszta niektore wyzsze niz sie spodziewalam i bardzo mnie to ucieszylo. Za prace dyplomowa dostalam najwyzsza ocene z prawie calych dwoch lat, wiec chodze dumna jak paw.

Kochani,
Byl taki wspanialy, dlugi weekend, ze az nie moge sie otrzasnac i znalezc sobie miejsca w pracy. Moze ze znalezieniem sobie miejsca w pracy mam problem takze dlatego, ze brygada monterow wlasnie instaluje nam nowe meble, tak wiec siedze na jakims zepsutym krzesle i lacznie mam miejsca mniej, niz w szkolnej lawce. A z laptopem i telefonem trudno jest na takiej malej przestrzeni sie zmiescic.
Weekend zaczal sie juz w piatek, kiedy spotkalam sie z moja ukochana S. i jej siostra i siostry przyjaciolka, ktore przyjechaly az z Wisconsin, zeby odwiedzic S. Pojechalysmy do parku Fota, ktory bardzo lubie i znow kupilam sobie tam roczne czlonkowstwo, tak wiec moge tam wchodzic za darmo przez rok z osoba towarzyszaca. Juz kiedys mialam taki karnet i wykorzystalam go wtedy w pelni, wiec sie nie martwie, czy sie to oplaca. Lazilysmy po tej Focie kilka godzin i udalo nam sie zobaczyc karmienie gepardow. Strasznie to jest fajne widowisko i utrzymuje gepardy w swietnym zdrowiu psychicznym i fizycznym. Fota dostala za ten pomysl duzo nagrod i lacznie urodzilo im sie juz 200 gepardzich kociat od kiedy otworzyli park 29 lat temu. Dzieki temu parkowi i innym podobnym w ogole nie odlawia sie juz dzikich gepardow, zeby trzymac je w zoo.
Widowisko polega na tym, ze posilek w postaci martwego kurczaka w calosci z pioroami, albo martwego krolika w calosci z futrem, jest uwiazywany do sznurka, ktory jest przesuwany nad wybiegiem z predkoscia 65km/h i koty musza sobie po protu upolowac to jedzenie.
Uwielbiam tam chodzic, bo zwierzeta maja strasznie duzo miejsca, a niektore wrecz biegaja wolno po calym parku, na przyklad kangury. Ta ilosc miejsca oznacza jednak, ze czasami sie niektorych zwierzac w ogole nie zobaczy, ale to tez, moim zdaniem jest w porzadku, bo dzieki temu maja troche spokoju z dala od zwiedzajaych.
Po Focie poszylsmy do ogrodow, ktore tam sa, a potem na plaze z jaskiniami. Caly dzien byl niesamowicie relaksujacy i wrecz taki wakacyjny. Wieczorem w domu byl juz po pracy L., co tez jest niesamowita atrakcja, bo strasznie sie za nim stesknilam, kiedy byl w Norwegii.
Nastepnego dnia byla sobota i musialam isc do pracy, ale jakos to przezylam, szczegolnie, ze nastepna byla niedziela, w ktora znow poszlismy do Foty, ale z L.Tym razem bylismy po poludniu i strasznie duzo zwierzat dostawalo wtedy jesc, co bylo tez swietne, bo ich sie pelno wszedzie krecilo. I nawet zobaczylismy karmienie fok i przejscie oryxow i zyraf z ogromnych padokow do domow (w wypadku oryxa to taka stajenka, a dla zyraf to nie wiem jak to nazwac – hangar? hala? strasznie wysokie to jest.)
Wieczorem byla romantyczna kolacja w restauracji u Sycylijczyka i w ogole byl to cudowny dzien.
A wczoraj byl poniedzialek – tutaj swieto i w dodatku swieto takie, w ktore ja nie musze pracowac. W naszym miescie odbywal sie coroczny maraton, z ktorego okazji cale centrum miasta zostalo zamkniete dla samochodow. Wybralam sie tam jako widz i cudownie bylo chodzic po takim calkiem pustym i cichym miescie. W maratonie biegl moj szef, wiec ustawilam sie na 26. mili, zeby go zagrzewac do biegu. Czekalam tam godzine, bo nie bylam pewna dokladnie kiedy bedzie biegl i naklaskalam sie i nazagrzewalam do walki biegaczy tak, ze az mnie bolaly i rece od klaskania i gardlo. Wreszcie biegl szef i nie wygladal wcale na zmeczonego, chociaz mi potem napisal smsa, ze juz wtedy padal na twarz.Bylam pod takim wrazeniem tych dzielnych maratonczykow, ze postanowilam az pojsc piechota do domu. Nigdy nie szlam piechota z miasta do domu, bo po prostu uwazalam, ze nie jest to mozliwe. Po drodze jest non stop pod gore, moze ze trzy kilometry i w duzej czesci jest tak jakby pionowo pod gore. Dosc powiedziec, ze z mojego okna widze druga strone doliny, ale miasta, to juz nie, bo jest zbyt nisko w dolinie.Chyba calkiem zwariowalam z tym pojsciem na piechote!Zaden ze mnie piechur, ani inny wspinaka, prawde mowiac kondycje mam tragiczna, w duzej mierze dzieki studiowaniu w ostatnim roku. Jak zaczelam wlazic, to pierwszy zawal mialam juz chyba po pietnastu minutach, a potem bylo juz tylko gorzej. Pod koniec chcialam sie juz polozyc na chodniku i tak zostac na zawsze, ale nie moglam, bo bylo tak stromo, ze sie balam, ze zjade po prostu w dol. Moj chlopak nieraz wchodzi pod ta gore i sie az tak nie skarzy, a takze widzialam posrod tej meczarni babe z wozkiem, ktora ten wozek z dzieckiem wepchala na ta gore jakos i mnie wyprzedzila przy tym. Takze wiem, ze to jest rzeczywistosc subiektywna. Ale w moim wypadku zawsze tak bylo, niezaleznie od tego jaka mialam kondycje. Szkolna wycieczke w Tatry wspominam jako kare boska i nigdy w zyciu juz tam na pewno nie pojade, bo i po co, skoro nie mam najmniejszego zamiaru sie katowac po tych trasach. Pod gore nie umialam nigdy wchodzic, bo po prostu zawsze mi brakowalo powietrza i tak jest do tej pory. Najbardziej mi sie udalo to udowodnic, kiedy chodzilam na silownie jeszcze w Polsce i robilam 9 km na bierzni bez problemu, ale jak sobie podkrecilam bierznie, zeby byla pod gorke, to nawet kilometra nie umialam zrobic. Ciekawe o co w tym chodzi?

No tak czy siak jakos wlazlam i nie umarlam, ale wiecej sie nie bede na to porywac. Prawdopodobnie tez nie bede musiala, bo w czwartek idziemy ogladac mieszkania pod wynajem po drugiej stronie miasta, gdzie jest plasko i nawet sa drzewa, co w Irlandii wcale nie jest takie czeste. Wlascicielka  jednego z mieszkan ostrzegla, ze w dalszym ciagu mieszkaja w nim lokatorzy, ktorzy beda obecni podczas ogladania i ze oni sa z Finlandii, wiec ona ostzrega, ze prosza ludzi, zeby sciagali buty i ze ona przeprasza za to dziwactwo. Rozesmialam sie z tego i jej powiedzialam, ze moj chlopak jest z Norwegii, a ja z Polski, wiec tez tak robimy i gosciom tez kazemy buty sciagac.
A na koniec powiem Wam, ze skonczylam wreszcie te studia i nawet przyszly wyniki, zreszta niektore wyzsze niz sie spodziewalam i bardzo mnie to ucieszylo. Za prace dyplomowa dostalam najwyzsza ocene z prawie calych dwoch lat, wiec chodze dumna jak paw.

A cukru ani na naszym, ani na innym stole nie bylo.

Wesolych Swiat 2011 i Nowego Roku 2012!
Ciekawe, jaki bedzie ten nastepny rok.

Poki co, to ze spraw codziennych i roznych, to wyjechalismy z L. na wycieczke w ostatni weekend. Pomysl polegal na tym, zeby pojechac gdzies na jeden krotki weekend i sie od tego wszystkiego ‚oderwac’. Tak wiec zabukowalismy hotel i jazda. Po pierwsze samochod L. byl u mechanika, tak wiec musielismy jechac moim. Moj samochod jest zajebisty, ale ostatnio zepsulo sie w nim ogrzewanie… Ale ja twardo, owinelam sie kocem, az L. sie zapytal, czy ja jade na saniach i pojechalismy. Przy okazji musze wspomniec, ze byla to Sobota wieczor, oboje pracowalismy, wiec moglismy sie dopiero wybrac o siodmej wieczorem, a ja bylam tak przeziebiona, ze w ogole ledwo moglam mowic…
Ale z jakiegos powodu i tak postanowilismy pojechac.
W samochodzie bylo fajnie przez pierwsza godzine, jednak kiedy w calkowitych ciemnosciach i bez zadnej latarni na horyzoncie przedzieralismy sie przez kolejne wioski na klifach i skalach w drodze do Baltimore, to zrobilo sie mniej fajnie. I zimno.
Nagadalismy sie przy okazji o wszystkim, ale pod koniec juz naprawde chcialam byc na miejscu. Mialam goraczke, lalo mi sie z nosa i chcialam sie po prostu polozyc do lozka. A na koniec jeszcze zrobilismy sie strasznie glodni.
Wreszcie, po dwoch godzinach jazdy w kompletnych ciemnosciach drogami wezszymi od oczka w igle i pomiedzy wysokimi trzcinami, bluszczem i krzakami (tak cala Irlandia wyglada – labirynt krzakow), dojechalismy do hotelu, ktorego tablica wylonila sie przed nami calkiem nagle, po wyjechaniu z kolejnego tunelu roslinnosci.
Ku naszej radosci okazalo sie, ze restauracja w hotelu jest wciaz otwarta. Nie mielibysmy sily juz nigdzie jezdzic, chyba bysmy musieli po prostu w barze kupic jakies czekoladki i na nich przezyc, gdyby nie ta restauracja. Tak wiec zasiedlismy sobie przy stoliku. Obslugiwaly nas kolejno Francuska, Polka i Irlandka. Francuska obslugiwala nas z taka rezerwa, jakby jej to calkiem uwlaczalo, ze chcemy cos zamowic.
Dostalismy menu, a w nim wszystko z ryba. Czesto lubie rybe, ale tego wieczora nie moglam po prostu zniesc mysli o jedzeniu ryby. Po gapieniu sie w menu przez 10 minut wciaz nie mialam ochoty na kompletnie nic z tej calej karty, tak wiec kiedy przyszla Polka, zapytalam ja, co mi poleca. Juz mi bylo wszystko obojetnie, chcialam po prostu cos zjesc, a przy okazji padalam na twarz, wiec zlapalabym sie pierwszej propozycji. Ale z Polka nie bylo tak latwo wcale. Ona po prostu wymienila jednym ciurkiem wszystko, co bylo w karcie. Tak wiec ja zapytalam, czy mi cos poleci. A ona na to: ‚To ja przyjde pozniej, jak sie zdecydujecie.’ No, to mi wcale nie pomoglo. W koncu zamowilam jakis makaron z czymstam (o dziwo znalazlam cos bez ryby) i L. zamowil tez cos i czekamy. W miedzyczasie przyszla irlandzka kelnerka, ktora byla autentycznie bardzo mila (dla odmiany) i przyniosla mi moja herbate z miodem i z cytryna (musialam specjalnie dodac, ze ma byc bez mleka, ale udalo sie.)
Kiedy posilek przyszedl na stol, to okazalo sie, ze makaron byl paskudny, z papryka praktycznie surowa i kawalkami kurczaka wysuszonymi prawie na wior chyba w mikrofalowce. Do tego wszystko bylo ‚ozdobione’ suchym jakims ziolem, tak jakos przypadkowo pozypanym wokol talerza. Zjadlam tyle, zeby juz nie umierac z glodu, ale bylo to wstretne. L. jakos tez przelknal swoje, a byl to burger wegetarianski, do ktorego byly ziemniaki kompletnie bez zadnego smaku.
W Irlandii z reguly mi smakuje, co daja, ale tym razem bylo wszystko raczej okropne.
Potem zamowilismy deser, bo mi sie zachcialo cos chociaz dobrego i stwierdzilam, ze ciasta sa z reguly kupowane od kogos z zewnatrz, wiec moze tego nie spieprza. L. zamowil sobie goraca czekolade, a ja jablecznik. Ciasto zdecydowanie bylo z zewnatrz, bo bylo calkiem smaczne. Za to goraca czekolada zostala wypita moze w 20%, bo byla gorzka… A cukru ani na naszym, ani na innym stole nie bylo. Miodu L. nie chcial.
Przy okazji warto wspomniec, ze przez cala kolacje siedziala za nami cala grupa wesolych piecdziesieciolatkow. Rozmawiali ze soba tak glosno, jakby wszyscy byli glusi, do tego stopnia, ze mowiac do siebie z L. musielismy prawie krzyczec… Do tego tematem byly glownie plotki, o tym jak to ‚ona nie bedzie miala nawet pieniedzy, zeby meza pochowac’ i jak ‚ona chciala ze mna isc na kawe, ale ja jej powiedzialam, ze nie, ze nie mam mowy, ze na zadna kawe nie pojdziemy’ i oczywiscie wszystkie te wazne wiadomosci powtarzane po dziesiec razy i jeden drugiego przekrzykiwal. To byla tortura!
Ok, jakos przetrwalismy ta kolacje i poszlismy do naszego pokoju.
Tam sie troche zrelaksowalismy wreszcie i rano jeszcze polezelismy w lozku do jedenastej i wiecie co?
Pod wieczor juz nie bylam chora.
Ale przed wieczorem jeszcze poszlismy na spacer po Baltimore i bylo tam naprawde dziwnie, pieknie, tajemniczo i strasznie. Sami zobaczcie.

Moves like Jagger

Jutro Norwegia! Podroz do tego niedalekiedo kraju zajmie nam w sumie zajebiscie dlugo. Najpierw musimy sie dostac na lotnisko w Dublinie, co wcale nie jest takie proste. Tak, jak juz pisalam, komunikacja publiczna jest w Irlandii raczej przypadkowa, wiec jedyna nasza opcja okazal sie pociag za 40 euro od osoby w jedna strone. Juz mielismy placic, ale ja sie zbuntowalam. Kazalam wyciagnac na pulpit komputera kalkulator i uparlam sie, ze musi byc tansza opcja. Przejzelismy strony z carpoolingiem, ale tam tez niczego nie znalezlismy, wiec policzylismy ile nas bedzie kosztowala jazda samochodem i parking w Dublinie przez tydzien. Nawet przy pesymistycznej kalkulacji zuzycia benzyny wyszla nam oszczednosc okolo 70 euro.

Tak wiec bedzie wycieczka, wyjezdzamy o piatej rano. :)
Do tego ja bede musiala jechac duza czesc trasy, bo L. nie moze prowadzic mojego samochodu na autostradach (znowu kruczki i komplikacje zwiazane z irlandzkim ubezpieczeniem samochodow.) Doliczylismy takze przerwe na dolewanie wody do gotujacej sie chlodnicy, bo to nas na pewno nie ominie…
A z przyjemnosci, to L. dzisiaj przyparkowal mnie pod domem, kiedy chcialam jeszcze ostatni raz przed urlopem wpasc do pracy. Skoro juz mial swoj samochod przestawiac, to zaproponowal, ze mnie odwiezie. Swieci dzisiaj piekne slonce, wiec kiedy ja robilam sobie kawe do pracy w moim kubku-termosie, to L. zdjal ze swojego samochodu dach i zapytal mnie, czy mam czapke, albo szalik do zawiniecia sobie na glowie. Zlapalam wiec bialy szalik (hehe) i pojechalismy. Kiedy juz bylismy prawie przy samej pracy, to ja sobie zazyczylam przedluzenia wycieczki. Tak mi sie to strasznie podobalo, a do tego L. mial plyte z ta przeglupia piosenka Maroon 5 – ‚Moves like Jagger’, ktora bardzo ostatnio lubie. I tak jezdzilismy prawie godzine, a ja sie cieszylam jak dziecko. Oczywiscie szalik potem zdjelam i moje wlosy unosily sie w powietrzu w przedziwnych kierunkach, w ogole nie zwracajac uwagi na grawitacje. I tak wlasnie wreszcie dotarlam tu, do pracy, gdzie powinnam sie zajac prcowaniem, ale jestem tak pelna energii, ze wcale nie moge. :)
Zycie jest takie ekscytujace. :)