Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    2 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
  • I have the best boyfriend who made me a dairyhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli I have the best boyfriend who made me a dairy free omelette for breakfast #breakfast #omelette #omelet #homemade #lovelyfood #instagood
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    6 dni ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • When your Sunday chicken gets a bit burnt on tophellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli When your Sunday chicken gets a bit burnt on top but you don't care because you know it's going to be delicious #chicken #chickenroast #yummy #homemade
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    7 dni ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38828
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

wspomnienia

smutno

Kochani, jest mi bardzo smutno. Dzisiaj niby po trochu wprowadzamy sie do nowego mieszkania, ale dla mnie to jakis koszmar, ciagle mi sie przypomina, ze Mama nie zyje…

pani nic, a pan same glupoty

Minal juz chyba caly miesiac od kiedy ostatnio pisalam. Tak to wlasnie jest, kiedy probuje zaglowac pomiedzy konczeniem studiow, ostatnimi egzaminami na nich itd. oraz wymagajaca praca. Na studiach zostalo mi juz niewiele wykladow i zjazdow, ale jeszcze dosc duzo wysilku (miedzy innymi skonczyc prace dyplomowa, a jestem w sumie w polowie.) Chcialam Wam napisac kilka slow o tym, jak sie studiuje w Irlandii vs w Polsce. W obu krajach mam doswiadczenie w studiowaniu zaocznym, poniewaz nigdy w zyciu nie studiowalam dziennie. Po dwunastu latach siedzenia calymi dniami w lawce podstawowki, a potem szkoly sredniej juz po prostu nie chcialam nigdy spedzac tak dni. Ciagnelo mnie, zeby cos robic, zeby zdobywac nowe doswiadczenia i miec swoje pieniadze. Dobrze mi to zrobilo, bo dzieki temu oszczedzilam sobie konczenia piecioletnich studiow magisterskich tylko po to, zeby pozniej stwierdzic, ze juz mnie ich kierunek nie interesuje, kiedy sie go sprobuje zaaplikowac do rzeczywistosci.

Jedna z pierwszych roznic, jaka rzucila mi sie w oczy, kiedy zaczelam tu studiowac, to szacunek do studenta. Wszystko dostajemy  na maila, biblioteka jest otwarta do dziesiatej wieczorem, a takze jest specjalna osoba, ktora jest odpowiedzialna za informowanie nas o zmianach w planie zajec itd., a takze, uwaga: konsultowania, czy plan zajec nam pasuje i czy zgadzamy sie na wprowadzenie zmian. Kilka razy sie zdarzylo, ze przedstawiano nam trzy, czy cztery propozycje daty zajec, az pasowalo jak najwiekszej ilosci studentow. Tego w Polsce na pewno nie bylo. Zajecia byly, jak byly i trzeba bylo sie dopasowac, a jesli sie mialo szczescie, to ktos z grupy wyslal smsa, ze skasowano jakies zajecia. Chodzilam do naprawde fajnej szkoly wyzszej w Polsce i dbano tam o nas, jak na polskie standardy, ale nie tak, jak tutaj.

Inni sa takze wykladowcy, to znaczy maja inne podejscie do studentow. Nie mowi sie tu do studentow na ‘pan’i ‘pani’, bo po angielsku taka forma nie jest zbyt czesto uzywana, ale za to wszyscy wszystkim mowia po imieniu. Nikt nie mowi ‘panie profesorze.’ Oczywiscie na tym sie nie koncza te roznice w podejsciu. Zajecia sa bardzo interaktywne i bardzo mocno zwiazane z tym, czego maja uczyc. Pamietam, jak w Polsce robilam licencjat z jezyka angielskiego i musialam sie uczyc najrozniejszych przedmiotow, ktore nawet jesli byly jakos zwiazane, to na zajeciach nie bylo tam nic zwiazanego z kierunkiem studiow. Czesto bylo to po prostu pol roku suchej teori z jakiegos zakresu. Na przyklad uczylismy sie o tym, ze ruchy oczami podczas czytania, to sa ruchy sakkadowe. No, wolalabym sie poduczyc wiecej o gramatyce, albo miec zajecia z konwersacji, to moze bym nie przezyla takiego szoku jezykowego po przyjezdzie do angielskojezycznego kraju…  Oczywiscie wiedza ogolna jest wazna i dobrze jest wiedziec rozne rzeczy, bo nauka samej waskiej specjalizacji prowadzi tylko i wylacznie do tej specjalizacji. Rozumiem to, ale podczas trzech lat w Polsce mielismy po trzy przedmioty rocznie wlasnie takie i strasznie mnie to meczylo.

Do tego wszystkiego wykladowcy naprawde sie tu staraja. Traktuja swoja prace nie jak wielka przysluge, ktora nam robia, tylko jako usluge, ktora zobowiazali sie wykonac i staraja sie zrobic to dobrze. A jesli zdarzy sie taki nieprzygotowany wykladowca, to studenci wysylaja skargi i jest wielki skandal i przeprosiny z sekretariatu uczelni…

Zaraz mi sie przypomina jak w Polsce mielismy taka pania B., ktora na swoich wykladach tak pieprzyla straszliwie, ze po prostu w ogole sie nie dalo jej sluchac. Zrzedzila przez cale dwie i pol godziny, wogole nie widzac, ze nikt nie jest w stanie nawet zrozumiec co ona mowi po angielsku, bo ma taki przegiety i przesadzony  brytyjski accent, jakby byla jakas niesamowita arystkoracja. W ogole sie nie starala nas jakos  zainteresowac swoim przedmiotem i chyba w ogole nie uwazala, ze ma jakiekolwiek wobec nas obowiazki. Mowila ze straszliwie denerwujaca maniera, na poczatku kazdego slowa mowila ‘a!’. Az do tej pory slysze to jej ‘a!’ w uszach. Jedna kolezanka siedziala u niej na tych wykladach (a trzeba bylo chodzic, bo sprawdzala obecnosc) i pisala tylko to ‘a’. Miala tak cale strony zapisane ‘a a a a a a a a a a a a a’. Myslalam juz, ze ta wykladowczyni mnie na dobre zniechecila do calej literatury brytyjskiej (to byl jej przedmiot), ale chyba jakos wydobrzalam dzieki uplywowi lat i juz sie tak nie brzydze.

Nastepna ciekawostka, to egzaminy. Uwazam, ze duzo sie nauczylam na polskich studiach, ale niektore egzaminy, to byla taka troche sciema. Tez mieliscie takie doswiadczenie? Oczywiscie wtedy to dla mnie bylo pozytywem i raz poszlam na egzamin z tyloma sciagami, ze az cala szelescilam, ale dosc duzo mi wtedy pomogly. W Irlandii sie jednak okazuje, ze jest zupelnie inaczej. Nie ma co liczyc na to, ze wykladowca bedzie patrzyl w druga strone, albo, ze postanowi sobie otworzyc gazete wielkosci oltarza Wita Stwosza, poniewaz wykladowca nie jest obecny na egzaminie. Zamiast niego/niej jest taka specjalna druzyna osob, ktore po prostu zajmuja sie tylko pilnowaniem studentow na egzaminach. Pilnuja, zeby odlozyc wszystkie przedmioty oprocz dlugopisu, olowka i legitymacji studenckiej pod sciane daleko daleko, zeby kazdy siedzial jak najdalej od innych, rozstrzeleni po calej sali i zeby nikt nie sciagal. Caly egzamin sie przechadzaja i sie na nas gapia. Nigdy nie probowalam tam sciagac, ale i tak jak czasami jedna z tych babek przystanie i mi sie przyglada jak pisze, to az mnie przechodzi dreszcz. Nie wolno wyjsc do kibla przez pierwsza godzine, a jak sie chce pojsc po uplywie godziny, to jedna z tych osob idzie z takim biednym studentem i o malo sie nie wepchnie do kabiny wrecz. A jak sie siedzi ‘za dlugo’, to zaraz przychodzi pod drzwi kabiny i sie pyta, czy wszystko w porzadku. To juz, moim zdaniem, troche przesada i po pierwszym takim doswiadczeniu postanowilam nastepnym razem poczekac do konca egzaminu.

A w Polsce ile bylo roznych smiesznych historii egzaminacyjnych, lacznie z taka, kiedy to mielismy z kolega zaliczac roznice programowe, poniewaz zmienilismy uczelnie. Nowa uczelnia akurat nie miala w najblizszym semestrze tego przedmiotu, ale i tak trzeba bylo go zaliczyc w jakims tam terminie, zeby moc kontynuowac studia. W zyciu nie mielismy z tego przedmiotu zadnych zajec i w ogole nie wiedzielismy, czego sie mamy uczyc na ten egzamin. Poszlismy do wykladowczyni, ktora nam powiedziala, ze mamy sobie wygooglowac nazwe przedmiotu, bo ‘na internecine pelno tego jest.’ Googlowalam jak szalona i rzeczywiscie bylo tego tak duzo, ze ludzie sie na tym doktoryzowali, powydawali ksiazki itd. Nie bylismy w stanie wyodrebnic nawet glownych jakichs tematow, bo bylo tego zatrzesienie. Czegos sie tam pouczylismy i z sercem w gardle poszlismy na egzamin. Ja siedzialam za kolega. Pani rozdala nam kartki z pytaniami i jak je przeczytalam, to prawie mialam zawal. W ogole nie rozumialam ani jednego z pytan. Nawet nie poznawalam i nigdy nie widzialam ani jednego z terminow. Zaczelam costam pisac, ale nie jestem zbyt dobra w wodolejstwie, wiec mialam tam moze po jednym zdaniu na kazde z pieciu pytan. Po prostu napisalam co ja mysle, ze to jest, albo co mi to przypomina, ale nie mialam pojecia, co pisze. Kolega natomiast pisal, jak szalony. Ja juz chcialam oddac kartke i pytac sie, kiedy poprawka, ale on pisal i pisal. To mnie juz calkiem zestresowalo, bo nie umialam sobie nawet wyobrazic, co on tam pisze i ogarnelo mnie calkowite poczucie kleski, ze on sie jakos umial przygotowac, podczas kiedy ja sie nawet nie natknelam na takie pojecia. Wreszcie oddalismy kartki. Pani D. zaczela czytac co tam napisalismy. Po chwili powiedziala: ‘pani prawie nic nie napisala, a pan tu napisal same glupoty’. Spuscilam glowe myslac, ze szkoda, ze nie umialam chociaz samych glupot, to by byla jakas wieksza szansa. Pani D. spojrzala na te kartki i na obu wyrysowala czerwonym dlugopisem gigantyczne troje. I tak zdalismy ten przedmiot…

 

Ide sie uczyc, bo tym razem mi sie niczego w ten sposob nie uda zdac…

jeszcze dwie, i nastepne dwie

Czytalam dzisiaj troche moj papierowy pamietnik, ktory ostatnio pisalam piec lat temu, jak bylam w Chicago. Zaskoczylo mnie to, jaka bylam dowcipna i madralinska. Ale ja chyba wtedy w ogole taka bylam. Teraz sie zrobilam taka bardziej powazna.
Pisalam o roznych rzeczach wtedy, miedzy innymi o pracy, ktora wtedy mialam, w ktorej mi sie strasznie nudzilo. Bylam wdzieczna, ze mialam jakakolwiek prace, bo to i tak byl cud, ze jakas mialam, ale nudzilam sie tam, co niemiara. Stanie za lada na stacji benzynowej potrafi czlowieka doprowadzic do takich rozrywek, ze slabo sie robi. Liczenie klientow, liczenie paczek papierosow (nie tylko na koniec dnia obowiazkowo, ale w polowie tez dla zabawy), pisanie pamietnika, snucie szczegolowych planow i marzen, no i czytanie. Czytanie niestety bylo zabronione, ale oczywiscie i tak to robilam ile sie tylko dalo. Do tej pory pamietam zapach tej stacji, obrzydliwy kibel bez ogrzewania, lody Oreo, ktore zarlam na potege, maszyne do lotka, ktorej nie moglam na poczatku skumac i niektorych klientow. Pamietam takiego jednego kolesia, ktory przychodzil codziennie kupowac takie niebieskie zdrapki za dwa dolary. Liczyl, ze jesli bedzie codziennie zdrapywal, to w koncu wygra te 10000. Zawsze najpierw kupowal dwie i zdrapywal je moneta, a potem jeszcze dwie, i nastepne dwie i tak potrafil godzine. Czasami takiego syfu narobil tymi zdrapanymi paprochami, ze cos strasznego, ale drapal dalej. Kiedys mialam swiezy pakiet tych zdrapek. Bylo ich tam 200, czyli razem kosztowalyby 400. Przyszedl ten koles i powiedzialam mu, ze moglby kupic od razu caly pakiet, to by mogl sobie w domu zdrapac spokojnie, bez stania na zimnej stacji i ciaglego wyjmowania pieniedzy. Spojrzal na mnie, jakbym byla nienormalna i powiedzial ‚ty chyba nie rozumiesz, jak to dziala, daj mi dwie.’ No ok, dalam mu dwie. Jednak jakas mysl musialam zaszczepic w jego mozgu, bo tak uczciwie drapal tego dnia, az skonczyl mi sie pakiet. Nawet troche wygral, moze ze 160, czyli lacznie zaplacil tylko 240 za dwie godziny ustawicznego drapania. A cieszyl sie przy tym jak dziecko. Zal mi troche bylo tego idioty.
A w czasach terazniejszych, to tyle, ze L. kupil sobie wreszcie ten swoj samochod. Tym razem na szczescie nie musialam z nim jechac po niego, pojechal sobie sam pociagiem. Inna sprawa, ze tym razem sie dalo pociagiem, bo transport publiczny w Irlandii jest raczej przypadkowy i prawie nigdzie nie dojezdza. Nowy samochod jest bardzo malutki, ale od razu go polubilam, bo ma zajebiste ogrzewanie. W miedzyczasie sie zrobilo tak jakby troche zimniej, nawet rozwazam wyciagniecie plaszcza z szafy, bo poki co chodze w swetrze. 
Do tego w pracy jest super interesujaco, ekscytujaco i w ogole to bym tam siedziala non-stop, wiec dobrze, ze mam L., ktory na mnie krzyczy, kiedy to robie.
No i tyle. Nie ugotowalam ostatnio nic ciekawego, bo pomiedzy praca a studiami mam szczescie jak mi sie udaje raz w tygodniu wyspac.
Ale jestem szczesliwa w tej chwili bardzo, a to jest przeciez najwazniejsze.
A na koniec hipnoza z Belladonna.

11

Czy mysleliscie kiedys o tym, co by bylo, gdyby odwiedzila Was jedenastoletnia wersja siebie? Ta z przeszlosci? 
Ja o tym ostatnio mysle dosc duzo, bo ja w ogole lubie sobie troche tak teoretyzowac. Moze za duzo sie w dziecinstwie naczytalam science-fiction z biblioteczki rodzicow? Przez ostatnie kilka miesiecy mialam rozrywke w postaci wyobrazania sobie co by bylo, gdybym mogla zamienic sie z moim chlopakiem na tydzien na ciala. Isc do niego do pracy, grac w jego gry, te karciane RPGi i w airsoft, zobaczyc jak to jest sie czyms takim jarac, lubic wojenne filmy i seriale, mowic po norwesku, miec jego temperament, golic brode, mowic meskim glosem, jesc na obiad poltorej kilo jedzenia, miec meskie cialo, uprawiac ze mna seks? Oczywiscie te skojarzenia zwiazane z seksem przychodza najpierw, ale tak w ogole, to jest to ciekawy problem, ktory mnie zajmowal bardzo dlugo. 
Teraz jednak na tapecie jest jedenastoletnia wersja mnie. Nie wiem dlaczego akurat jedenastoletnia, moze dlatego, ze kiedy mialam 11 lat, to byl rok 1994 i na moim malym telewizorku w pokoju ogladalam w MTV koncert Kurta Cobaina ‚Unplugged in New York’ nie wiedzac wcale jeszcze kto to byl. Dopiero pozniej odkrylam ta muzyke na nowo, a ostatnio znow jej slucham, wiec moze to we mnie wywolalo powrot do jedenastoletniej mnie.
Jestem pewna, ze jedna z pierwszych rzeczy, jakie bym uslyszala byloby rozczarowane: ‚to nie jestes weterynarzem?’. Czy umialabym ja przekonac, ze za rok, czy dwa mama jej zalatwi sobotni wolontariat w lecznicy zwierzat i ze juz po kilku sobotach smrod kamienia nazebnego u psow i potworny smrod i widok suk z ropomaciczem skutecznie zniecheci ja(mnie) do tego pomyslu i ze nigdy tego nie bedzie zalowala? Serio, jak o tym teraz pomysle, to ciesze sie, ze nie wykonuje tego zawodu. 
Mysle, ze dostaloby mi sie tez za to, ze nie jestem malarka, albo pisarka. Pomijam juz kwestie talentu i tego, ze do tych zawodow byloby dobrze miec cos swiatu do powiedzenia, ale teraz majac lat 27 wiem, ze nienawidzilabym tych samotnych profesji, samotnego sleczenia w pracowni, zmuszania sie do pisania, przestojow jakichs pisarskich itd. Poza tym mialam Tate artyste, ktory zbankrutowal, co z kolei doprowadzilo go do zawalu serca i smierci, wiec calkiem jasne jest dla mnie, ze bycie artysta, to prostytucja i to w bardzo doslownym tego sensie. 
Nie wiedzialam tego wszystkiego jednak majac 11 lat.
Zdziwienie na pewno wywolalby moj terazniejszy kierunek studiow (co to jest zarzadzanie zasobami ludzkimi?) i nie wiem jak bym wytlumaczyla, ze to jest porywajace, a najbardziej to employment law i managing in a strategic business context. Poddaje sie, nawet tego nie umiem sprawnie i zrozumiale przetlumaczyc na polski, a tym bardziej wytlumaczyc dziecku. 
Mysle, ze jednak troche bym tez u niej(siebie) zapunktowala. Na pewno bylabym z siebie dumna z tego powodu, ze mieszkam za granica i to w angielskojezycznym kraju. Angielski, to byl zawsze lubiany przez mnie przedmiot i nawet wredne anglistki mnie nie zniechecily, chociaz probowaly. Co prawda moj chlopak, to nie Michael Jackson, ktory wtedy byl wlasnie tym jedynym, ale moze przy odrobinie przychylnosci 11letnia ja zobaczylaby w nim cos pozytywnego? Moze charakter, bo z wygladu to chyba najwyzej by mi sie kojarzyl z Tata, czyli stary i z broda. 30 lat, to na pewno w wieku jedenastu lat zaliczalo sie do starych. 
Czy chcialabym cos jej/mnie powiedziec z mojej perspektywy? Ostrzec? Na pewno oszczedzilabym jej wiadomosci o tym, jak bedzie wygladalo jej zycie miedzy 13 a 17 rokiem zycia. Byly to najgorsze lata w moim zyciu i nigdy ich nie wspominam, a juz na pewno nie z utesknieniem, najwyzej mi po plecach przejda ciarki. Caly ten czas praktycznie byl koszmarem, wiec tego bym jej nie mowila. Mysle, ze powiedzialabym, zeby uczyla sie na maksa wszystkiego, co da rade w podstawowce, bo cala srednia szkole bedzie miala wieksze problemy, niz bycie na lekcjach, i ze na tych wiadomosciach z podstawowki bedzie zdawala egzaminy wstepne na studia. 
I powiedzialabym jej, ze da rade i ze wyjdzie z tego zywa i ze jednak nie wyladuje na cmentarzu przed osiagnieciem pelnoletniosci. Mysle, ze gdybym wiedziala to jakos, to byloby mi troche latwiej, ale niekoniecznie. Nadzieje i wyobrazenia o swiecie upadaja powoli i pojedynczo. Zawsze na poczatku sie mysli, ze sie jakos z tego wyjdzie. W moim przypadku wszystko rozlecialo sie na male kawalki i depresja zamieszkala ze mna na dobre, zanim sobie z tym wreszcie po latach poradzilam w zeszlym roku. 
Mysle, ze bym jej powiedziala, ze bedzie miala wspanialego chlopaka, ktory sie pojawi pod koniec tych najciezszych czasow, ale chyba tez bym jej oszczedzila wiesci o tym, ze sie to potem rozleci, a jej zostanie na nodze tatuaz z bledem na pamiatke. Ale tego to bym jej po prostu nie mowila, zeby nie psuc od razu tego, co jednak bylo dobre. Wszystko sie przeciez kiedys rozlatuje, a co dobre, to trzeba trzymac w osobnej szufladce.
Mysle, ze bym jej powiedziala tak:
‚Bedziesz miala chujowe dorastanie, tak chujowe, ze bedziesz sie zastanawiala, czym sobie na to wszystko zasluzylas. To nie Twoja wina, ze tak sie dzieje. Sprobuj to jakos przeczekac, potem bedzie o wiele lepiej i bedziesz bardzo szczesliwa.’ 
Chyba czesto tak jest, ze dzieci, ktorym sie dzieje cos zlego obwiniaja najpierw siebie i tym bardziej, kiedy sie na nie patrzy z boku (lub z przyszlosci) to jest ich strasznie zal, szczegolnie, ze doskonale wtedy widac, ze to im zrobiono krzywde…
Dobrze sie zastanowie, zanim bede miala dzieci, skoro nawet inteligentnym ludziom tak ciezko skumac, co dzieciom jest potrzebne…
A w ogole to wesolego Swietego Patryka.

wodka z kawa

Juz tylko 7 dni do Polski, nigdy sie tak nie meczylam jeszcze z tym czekaniem.
Jeden koles przyszedl do pracy i smierdzi. Nikt nie wie, co mu powiedziec, szczegolnie, ze jest dosc nowy.
A niestety smrod jest dotkliwy.
Otworzylismy drugie drzwi na dwor, to wiatr zaczal z niego ‚wysysac’ jeszcze wiecej tego smrodu.
Zapach troche jakby spal z mokrym psem w budzie, ale ciezki do zniesienia.

Wczoraj ogladalismy z Timem film z wakacji 1994.
Moich wakacji w Polsce, kiedy mialam 11 lat.
Cala rodzina przy stole, a potem przy wodce z kawa. LOL
Moi rodzice jeszcze razem, Tata wyglupia sie do kamery…
Naliczylam, ze z tego filmu 5 osob juz nie zyje.
Plus pies i dwa koty :)
Film jak cmentarz…
A w niedziele poszlismy na piwo, jak starzy ludzie.