Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Experimenting more with the pear cake and it was delicioushellip
    4 tygodnie ago by tattoomybroccoli Experimenting more with the pear cake and it was delicious again! #pearcake #pear #homemade #instabake #delicioso #sweettooth #kake
  • So I made a pasta bake with a dairy freehellip
    3 tygodnie ago by tattoomybroccoli So I made a pasta bake with a dairy free bechamel sauce and vegan cheese on top. I know dairy free bechamel is an abomination but I really can't have any milk products and miss my favourite sauce terribly so decided to experiment with margarine, soy cream and soy milk. It was delicious! #dairyfree #pasta #instapasta #nodairy #pastabake #delicious #delicioso #deiligmat #soymilk #bechamel
  • Here I was getting my pizza without cheese Still delicioushellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Here I was getting my pizza without cheese. Still delicious, especially when you have no choice ;) Yum! #pizza #instapizza #pizzabakeren
  • Good to have a homemade dinner on a Saturday Thehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Good to have a homemade dinner on a Saturday. The chicken was big, so it took forever to roast, but we waited patiently:) #instachicken #delicioso #homemade #instadinner #yummy #deilig
  • Challah goodness challah instabread delicioso homemade delicious chaka
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Challah goodness #challah #instabread #delicioso #homemade #delicious #chałka
  • Nothing more comforting than a homemade challah homemade challah instabakehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Nothing more comforting than a homemade challah. #homemade #challah #instabake #delicioso
Listopad 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38959
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

urodziny

Ani po norwesku, ani po angielsku, ani po polsku!

W tym roku postanowilam naprawde obchodzic urodziny. To w koncu moje 32. Trzydzieste byly dwa miesiace po smierci mojej mamy i w ramach swietowania siedzialam z L. w restauracji smutna. Bylo to tutaj, w Drammen. Swiecilo slonce, upal jak szalony i nic mi nie smakowalo. Nie mozna sie cieszyc urodzinami dwa miesiace po smierci mamy. Nie mozna i tyle.

Potem w moje trzydzieste pierwsze urodziny byl slub brata L. Znow nieznosny upal, a tradycyjne, norweskie wesele, to ciagnacy sie godzinami obiad z wieloma przemowieniami. Sytuacji nie poprawialo to, ze zepsula sie klimatyzacja i siedzielismy w sto osob w dusznej sali, w ktorej temperatura dochodzila do miliona stopni, ani to, ze ja nie rozumialam ani slowa z tych przemowien. Naprawde dobrze, ze bralam wtedy antydepresanty, bo na trzezwo tych osmiu godzin powolnego gotowania sie zywcem wsrod niczym niezmaconej nudy chyba nie daloby sie przezyc.

Za to trzydzieste drugie urodziny zostaly zmuszone do nadrobienia za ostatnie dwa lata. Zaczelam od tego, ze zaproszenia rozsylalam (internetowo) juz od lutego (na lipiec). Zrobilam piknik w parku, wsrod pieknej zieleni oraz pogody, ktora tym razem byla wzorowa. W moim slowniku piekna pogoda, to na pewno nie upal. W tym roku bylo wrecz bosko, 22, moze 23 stopnie, slonecznie i lekki wietrzyk. Mozna bylo robic piknik jak z filmow kostiumowych. Zjawilo sie duzo takich bardzo fajnych osob, ktore tu w Norwegii sa dla mnie duzym wsparciem. Byli to w duzej wiekszosci Norwegowie. Dostalam cale siaty roznych kuchennych gadzetow, ktore oczywiscie sprawia mi kupe radosci. Juz niektore testuje. Wszyscy wcinalismy kielbaski z grilla,  a ja przynioslam 91 muffinek. Mialo byc sto, ale nie chcialo mi sie juz w ostatniej chwili robic tych ostatnich 9, wiec 91 tez starczylo, a wrecz bylo ich za duzo.

Nie udekorowalam wszystkich, ale kilkanascie takich cudeniek bylo.

Tak powinno byc w kazde urodziny. Zeby mozna bylo nakarmic przyjaciol swoimi wypiekami.

 

Jak tylko skonczyla sie urodzinowa niedziela, ja wzielam sie za nauke norweskiego.

Dwie dziewczyny i ja mamy teraz taki uklad z naszym nauczycielem, ktory teoretycznie ma wolne, ze ten kochany czlowiek spotyka sie z nami raz w tygodniu na godzine, pod warunkiem, ze same w domu przerobimy caly rozdzial. Tak wiec w poniedzialek i we wtorek przekonalam sie, ile to jest roboty. Siedzialam nad tym lacznie pietnascie godzin, aby dzisiaj (w srode) moc uczestniczyc w spotkaniu. Spotkanie tez mnie wymeczylo, bo to nastepna godzina pracy nad jezykiem, a potem jeszcze nasz ukochany nauczyciel sie rozgadal i opowiadal nam troche historie swojego ciekawego zycia. O tym, jak mieszkal na samej polnocy Norwegii i co tam robil. Bylo to naprawde pochlaniajace, ale oczywiscie po norwesku.

Tak wiec teraz jestem warzywem. Ani po norwesku, ani po angielsku, ani po polsku nie potrafie juz dobrze myslec. Ale nie narzekam oczywiscie. To wspaniale, ze moge sie uczyc, naprawde doceniam to.

 

A jako trzeci nius, to z Polski przywiezlismy Babci wozek inwalidzki, dzieki ktoremu wreszcie moge Babcie zabierac na wycieczki po pieknych spacerowych sciezkach naszego miasteczka. Babcia jest po prostu zachwycona. Dzisiaj nad rzeka tak sie cieszyla, ze sie rozplakala. A potem dolaczyl do nas wracajacy z wyprawy w tutejsze wzgorza L. i oczywiscie zaczely sie wyglupy w stylu udawania, ze wjedzie wozkiem do wody, w krzaki itd. Babci jakos te jego psoty nigdy sie nie nudza, wiec smiala sie na calego. Ona go wprost uwielbia.

 

Dwoch do lazienki: jeden pod prysznicem, a drugi na kiblu.

Ojejku. Poczytalam sobie troche tego mojego bloga i sie nawet poplakalam.
Teraz juz dosc dobrze sobie radze ze smiercia Mamy, minely w koncu dwa lata, a do tego wspomoglam sie dosc grubo antydepresantami przez jakis czas. W sumie bralam ich najwieksza dawke w zyciu, a na dokladke jeszcze mialam nasenne wieczorem. Ale w dalszym ciagu nawet myslenie o tych pierwszych miesiacach zapierdalania w Polsce po urzedach i prob pozamykania spraw po mojej Mamy firmie, to jest po prostu trauma. Jak ja dalam rade, nie wiem, ale gratuluje sobie.

Jednoczesnie widze, ze blog nie jest juz taki sam. Jakos o zarciu i o gotowaniu przestalam pisac, bo jest przeciez ten drugi blog. A to glupie, bo na tamtym przeciez sa przepisy, a tu moglabym dalej nawijac o tym, jak to probowalam popelnic samobojstwo przez pieczenie ciast i takie rozne.

Tak apropos, to niedlugo beda moje urodziny i z tego powodu urzadzam piknik. Nie wiem, kurcze, co jest z tymi Norwegami, czy sa tacy fajni, czy to moje antydepresanty uczynily ze mnie takiego super sluchacza, ze mnie polubili, ale tyle ludzi chcialo przyjsc na moje urodziny, ze musialam impreze przeniesc na zewnatrz. Bo przeciez hangaru lotniczego nie wynajme. Nie no, zartuje, nie bedzie ich tak duzo, ale ze 20 bedzie. W domu musialabym ich rozparcelowac nastepujaco: czterech do sypialni, w ktorej musieliby sie polozyc na lozku i lezec nieruchomo, bo poza lozkiem niewiele sie tam zmiesci. Szesciu do pokoju Babci, gdzie mogliby siedziec wokol stolu jadalnego i imprezowac, podczas, kiedy Babcia siedzialaby na lozku w koszuli nocnej i czula sie jak podczas inwazji niemieckiej, super pomysl. Nastepnych szesciu do salonu, do imprezowania z nami. Dwoch do lazienki, jeden pod prysznicem, a drugi na kiblu. I dwoch do miniaturowej kuchni, jeden na krzesle pod oknem, a drugi na stojaco przy lodowce, moglby przy okazji podawac wszystko z lodowki. W sumie, to niezly plan. Jeszcze ze dwoch by sie zmiescilo w przedpokoju na stojaco. Wiec moze jednak w domu?

 

uroslo nam

Ksiazki juz maja polke!

 

Obiecalam powiedziec co bylo na urodziny, wiec od razu mowie. Byla zbieranina roznych moich i L. ulubionych dan. Niekoniecznie wszystko do siebie pasowalo, ale bylo takie pyszne, ze cos niesamowitego!

Zrobilismy z L. cudowna wlasnej roboty pizze. Zagadalismy sie z pierwszymi goscmi i w miedzyczasie uroslo nam pyszne, grube ciasto. Na pizzy byly brokuly, parmezan, ser wedzony z Polski, mozarella, brie, szynka, papryka i oczywiscie pod tymi wszystkimi skladnikami byl sos pomidorowy, ktory tym razem zrobilam niezbyt ostry. Uznalam, ze chociaz ja lubie plakac przy jedzeniu, nie kazdy to lubi, wiec bede mila i nie sypne chilli. I rzeczywiscie, wszystkim smakowalo.

Do tego zrobilam koreczki. Strasznie mi sie jakos zachcialo zrobic ten przysmak z lat osiemdziesiatych. Mialam na nich rozne sery, szynke, oliwki i miedzy innymi mlode ziemniaczki ugotowane i ‚wytarzane’ w masle i koperku. Upieklam chleb.

Byla tez polska salatka, mojego L. ulubione jedzenie chyba, kielbaski z grilla (ktorego robilismy na balkonie na piatym pietrze) i muffinki z malinami.

 

No i tyle. Jakos nie mam specjalnych przemyslen zwiazanych z faktem, ze robie sie coraz starsza. Jest mi dobrze i niech tak pozostanie.

zjesc obiad

Nowiny:

Na dobre zadomowilismy sie w nowym mieszkaniu, nawet rozpakowalismy juz naprawde z 90% tobolow i pudel. Zostaly tylko te, w ktorych sa niewymiarowe ksiazki, ktore potrzebuja wiekszej polki, ktora czeka na zbudowanie. Miedzy innymi sa tam oczywiscie moje ksiazki kucharskie, na szczescie nie wszystkie, bo te najulubiensze trzymam na stoliku w salonie po prostu.

Za chwile moje urodziny, tak wiec z tej okazji postanowilismy zrobic male przyjecie w naszym mieszkaniu. Przyjdzie 13 osob, a ja postanowilam tych wszystkich ludzi nakarmic (w tym wegetarian). Nie ma to jak sie tak napracowac z okazji urodzin, ze pod koniec dnia juz sie czlowiek w ogole nie bedzie przejmowal tym, ze sie robi sedziwy. W planach mam rozne potrawy, ale wszystkiego jeszcze nie wymyslilam, takze napisze Wam to i owo pozniej.

Druga nowina, to taka, ze ucze sie w domu norweskiego. Ucze sie sama z ksiazek i plyt, poniewaz okazuje sie, ze trudno znalezc kurs norweskiego w okolicy, najwyzej mozna sobie wynajac prawdziwego Norwega, zeby przyszedl do domu we wlasnej osobie i mowil po norwesku za ciezkie pieniadze. Ja jednak mam Norwega w domu codziennie i to za darmo… Nauka idzie mi roznie, w zaleznosci na ile jestem zmeczona po pracy, a czasami po prostu padam na twarz. No, ale tak to juz jest, ze trzeba pracowac, nie? W dobre dni nawet mi sie wydaje, ze zaczynam cos lapac z tego norweskiego, szczegolnie, ze to taki angielski, tylko troche inaczej wymawiany. Ucze sie raczej, kiedy L. nie ma, zeby mnie nie rozpraszal, a potem jak jest w domu, to przepytuje go z roznych slow.

W ostatni czwartek pojechalismy az do Youghal zjesc obiad u Luigiego, ktory sie strasznie ucieszyl na nasz widok i zaraz nas wypytal, czy przyjechalismy az do Youghal specjalnie, zeby u niego zjesc. Potwierdzilam, bo tak wlasnie bylo. Zjedlismy tam rozne pysznosci, miedzy innymi nadziewana kalamarnice. Mniam mniam.

makaron z ryba

Bardzo dlugo nie ma notki, a powodow jest duzo.
Najwiekszym w tej chwili powodem jest smierc Taty mojej Najlepszej Przyjaciolki. Bardzo jej wspolczuje, dosc dobrze pamietam jak to jest, kiedy Tata umrze i bardzo mi z jej powodu przykro. Mysle o niej.
Byl u mnie moj maly brat ze swoja mama, zrobili mi w domu dom, czyli, ze obiad na kuchence i te sprawy i bylo mi z nimi bardzo milo. No i wreszcie poznalam mojego brata, ktory jest zajebisty.
Poza tym sa takie male powody. Z okazji recesji obcieli nam w pracy kase o 6,7% i nie mialam pojecia, ze tak mnie to zestresuje… Dosc szybko wydawalo mi sie, ze przeszlam z tym do porzadku dziennego, ale chyba tak sie jednak nie stalo. Nie dosyc, ze musze teraz pracowac dluzej, zeby zarabiac tyle samo, to zarabiam prawie tak samo, jak cztery lata temu, tylko troszeczke wiecej… To moze brzmi, jak zwierzenia rozkapryszonej ksiezniczki, ale ja jestem maniaczka budzetowania i wszystkie wydatki mam rozpisane na pol roku naprzod, wiec teraz jestem z ta kasa troche w dupie i czasami po 10 godzinach w pracy.. No, co tu duzo mowic, jak widze nastepnego klienta, ktory przylazi do sklepu i sie czuje taki zajebiscie wazny i koniecznie chce z managerem rozmawiac, to mam ochote poczestowac go grubszym slowem. Tydzien temu przylazl audytor i dal sklepowi 78%, czyli o osiem wiecej, niz ostatnio. W sumie zajebisty powod do dumy, kiedy pracowalam w innych sklepach, ktorymi kierowali inni, nigdy nie widzialam audytu lepszego, niz 65%. Ale podwyzki z tego nie ma, a ja oczywiscie jestem wobec siebie surowa i sie z tego nie umiem cieszyc, tylko pelen samosabotaz i juz sie martwie, ze co to bedzie, jak nastepnym razem wynik bedzie gorszy… Czy ja mam nawalone we lbie? Tak.
Powod numer tysiac, to przyjeto mnie na studia, wiec nastepna okazja do stresu. W koncu odkladalam na te studia kase juz rok, wiec oesu, co to bedzie jak mnie nie pzyjma, a skoro juz przyjeli, to oesu, zaraz wymysle jeszcze cos, czym moglabym sie przejac.
Na te zmartwienia oczywiscie z predkoscia swiatla zareagowal moj ukochany organizm, czyli wszystkie bole i inne standartowe chorobska sie do mnie przykleily. Chociaz w sumie musze powiedziec, ze niezle mi idzie walka z nimi, jestem z siebie dumna. Codziennie robie swoje kroki, bo juz od dwoch miesiecy nigdzie sie nie ruszam bez krokomierza i moje minimum sie podnioslo z trzech, do szesciu tysiecy krokow dziennie. Takze nie daje sie, nawet po dziesieciu godzinach pracy, kiedy mam ochote tylko sie zaszyc w lozku i spac, a jednak chodze.
Poza tym byl 19. lipca i:
Mialam cudowne urodziny! Najpierw poszlam do pracy, gdzie bolaly mnie jak sam sk…wysyn plecy. Mysle, ze to bylo z nerwow, z okazji, ze urodziny i trzeba sie cieszyc, ze sie jest starym. Zawsze mnie to stresuje i do tej pory, to wywalalam z tego powodu wielka impreze, zeby troche zapomniec o tym stresie, ale w tym roku jakos wszyscy gdzies pojechali itd., wiec bez imprezy. Z bolu plecow sie zdenerwowalam i postanowilam po prostu zapieprzac ciezej i zarzadzilam remanent, bo przeciez nie ma to jak przerzucic 50 kilo cukierkow, zeby je zwazyc. Plecy zaraz uznaly, ze jednak nie beda bolec. Wiedzialam, ze ten sposob zadziala.
Potem udalam sie do domu, gdzie czekal na mnie L., przebralam sie ze trzy razy, co u mnie jest rzadkoscia, a nastepnie poszlismy do lokalnego Wlocha. Ja z kazdej okazji ide do Wlocha, lubie, jak mnie Wlosi karmia. 
Tym razem mi sie poszczescilo, bo byl makaron z zabnica – moja ukochana ryba, ktora cale zycie spedza czajac sie na dnie oceanu i prawie nigdy sie nie ruszajac. Od tego lezenia tam na samym dnie pod tym calym cisnieniem chyba, kiedy ta leniwa ryba trafia na moj talerz, to ja szaleje z rozkoszy. Wiec zezarlam makaron z ryba i popilam Peroni. Potem przerzucilam sie na wino, bo posmakowalam troche od L. Zamowilam od razu pol butelki, w koncu to moje urodziny. Poprosilismy o chwile przerwy przed deserem, wiec nie moge powiedziec, ze w pelni pamietam jak jadlam to tiramisu… Do tego byla caly czas wielce romantyczna i cudowna konwersacja z L. z patrzeniem w oczy i trzymaniem za rece. Potem juz sie prawie zrobila dziesiata, czyli gorna granica sprzedazy alkoholu w tym kraju, wiec trzeba bylo truchtem do offiego, czyli monopolowego. Tam oczywiscie zakupilismy wino, ktore potem pilismy u mnie w domu, ja niesamowicie gadajac jak najeta, a L. sluchajac mnie z uwielbieniem, w czym jest niesamowicie dobry zreszta.
A potem urwal mi sie film, ale zostalam poinformowana, ze nie stawialam oporu przy usuwaniu odziezy, a nawet poslusznie przewracalam sie po lozku we wskazanych kierunkach, zeby ulatwic proceder.
Tak bylo…