Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Good to have a homemade dinner on a Saturday Thehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Good to have a homemade dinner on a Saturday. The chicken was big, so it took forever to roast, but we waited patiently:) #instachicken #delicioso #homemade #instadinner #yummy #deilig
  • Here I was getting my pizza without cheese Still delicioushellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Here I was getting my pizza without cheese. Still delicious, especially when you have no choice ;) Yum! #pizza #instapizza #pizzabakeren
  • Experimenting more with the pear cake and it was delicioushellip
    4 tygodnie ago by tattoomybroccoli Experimenting more with the pear cake and it was delicious again! #pearcake #pear #homemade #instabake #delicioso #sweettooth #kake
  • So I made a pasta bake with a dairy freehellip
    3 tygodnie ago by tattoomybroccoli So I made a pasta bake with a dairy free bechamel sauce and vegan cheese on top. I know dairy free bechamel is an abomination but I really can't have any milk products and miss my favourite sauce terribly so decided to experiment with margarine, soy cream and soy milk. It was delicious! #dairyfree #pasta #instapasta #nodairy #pastabake #delicious #delicioso #deiligmat #soymilk #bechamel
  • Nothing more comforting than a homemade challah homemade challah instabakehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Nothing more comforting than a homemade challah. #homemade #challah #instabake #delicioso
  • Challah goodness challah instabread delicioso homemade delicious chaka
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Challah goodness #challah #instabread #delicioso #homemade #delicious #chałka
Listopad 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38957
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

samochod

niczym pasterze, wlekliśmy swoje stado maneli

Niedziela, piekny dzien, kiedy L. ma wolne.

Pojechaliśmy do naszego nowego mieszkania, wnieśliśmy tam następną porcję tobołów. Było 30 stopni, ja wzięłam się za malowanie szafek, a L. za wiercenie dziur. Nie pytajcie – nie wiem po co te dziury, ale ponoć są nam potrzebne. Rozebrałam się do tego machania pędzlem prawie do rosołu, bo szkoda mi było ciuchów. Nie mam żadnych starych, spranych ciuchów. Kiedy staraliśmy się upchać cały nasz dobytek do samochodu, żeby przewieźć go przez całą Europę i miałam wybór między spranym podkoszulkiem, a książką kucharską, to brałam książki.

Ja pomalowałam szafki, potem wypoziomowałam lodówkę, włączyłam ją i zadowolona z efektów zrobiłam sobie herbatę. Potem przyszedł L. z odkurzaczem, zagadał do mnie coś nie coś po norwesku i nawet udało mi się cośtam w miarę z sensem odpowiedzieć.

Potem nawet wypróbowałam nasz prysznic, bo w którymś kartonie znalazłam ręcznik. Szamponu niestety nie, w związku z czym teraz mogę się pochwalić niewyjściowymi strąkami włosów zmoczonych, ale nie umytych, a potem wyschniętych w upalnym słońcu.

Jak już skończyliśmy prace w mieszkaniu, to poszliśmy do restauracji indyjskiej. Zamówiłam chicken korma, ale ze sceptycznym podejściem, bo w Cork w jednym miejscu podawali taką wspaniałą, że bałam się, że tu będzie rozczarowanie. Na szczęście tak nie było. Była prawdziwa, aksamitna korma, w której czuć było nerkowce i kokosy. Do tego chlebek naan właśnie taki, jak być powinien. Mniam. Na pewno pójdziemy tam znowu.

A z innej bajki, to chyba będzie już czas rozejrzeć się za pracą w tym północnym kraju. Straszne to i przerażające. Język słabo, a śni mi się praca w biurze. Niby teoretycznie jest tu mnóstwo firm, w których językiem służbowym jest angielski, nawet sam L. mówi, że u niego w pracy jest dwóch Polaków, którzy nie mówią w ogóle po norwesku, nawet mniej niż ja, a pracują, tak jak L. w biurze. Ale… Zobaczymy, nie będę narazie marudzić, bo jeszcze mnie nic złego nie spotkało…

A niżej wklejam zdjęcie z naszej przeprowadzki dobytku przez całą Europę, niczym pasterze, wlekliśmy swoje stado maneli przez Irlandię, Francję, Belgię, Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię, aż dowlekliśmy. Prowadziłam samochód całą drogę ja, bo L. miał prawko tylko na Irlandię. Umęczyłam się, ale byłam z siebie dumna. Samochód w ogóle też kupiliśmy specjalnie na okazję przeprowadzki. Stary wrak, którym jakoś dojechaliśmy, chociaż bywało różnie. Szczególnie, kiedy się okazało, że trzeba cały czas jechać na zbyt wysokim biegu, bo na normalnym będzie krztuszonko. Musiałam jechać powyżej 105km/h, żeby na piątce nie było wyraźnego krztuszenia. Jak tylko wskazówka spadała poniżej magicznej granicy 105, to szybciutko trzeba było wrzucać czwóreczkę. Do tego jechałam po złej stronie samochodu (próbowaliśmy w Irlandii kupić samochód z kierownicą po europejskiej stronie, ale taki jak chcieliśmy, a do tego stary, tani i w takim krótkim czasie, to już się okazało niemożliwe. W każdym razie z okazji siedzenia po złej stronie samochodu, L. musiał mi mówić co się dzieje po lewej, kiedy chciałam wyprzedzać TIRy jadące 100km/h, bo inaczej bym musiała za nimi warczeć na czwórce, poza tym chyba nigdy bym nie dojechała.

Wklejam kilka fot, ale po kliknięciu można zobaczyć cały album.

Normandia:

Normandia

Le Havre we Francji:

Le Havre

 

Dania – śniadanie na samochodzie. :)

Dania

sloik oliwek

Nie mam juz samochodu. Tak to zaplanowalam i w sumie nie powinno mnie to dziwic, ale jednak teraz, kiedy samochodu nagle nie ma, jest tak jakos dziwnie. Chyba to jeszcze do mnie nie dotarlo. W dzien oddania samochodu na zlom, przyjechal rudo-lysy, niski pan takim pojazdem do odholowywania samochodow i od razu sie zabral do roboty, podczepiania, zaczepiania itd. Dal mi w miedzyczasie jakies papiery do wypelniania, miedzy innymi adres tam mialam wpisac. Pomylilam sie chyba ze dwa razy w adresie, bo jakze ja mam wypelniac, kiedy on normalnie zabiera moj samochod? I to bez zadnego pozegnania, spiewow, rzucania kwiatow, ani nic!
Na pozegnanie jeszcze poklepalam samochod w szybe pasazera majac nadzieje, ze rudo-lysy tego nie zauwazy. Niestety zauwazyl i przyszedl mi powiedziec, zebym sie nie przejmowala, kupie sobie nowy, a mi polecialy lzy. Pewnie, ze sobie kupie, ale ten samochod mialam piec lat, kupilam go sobie na 24. urodziny i jakos zawsze byl dla mnie takim symbolem mojej niezaleznosci. No, teraz mam rower, jako symbol proby zdrowego trybu zycia. L. zawsze ma samochod, gdybym go potrzebowala i czesto mnie namawia, zebym sie nim przejechala, ale nie ma to jak swoj wierny… E tam zreszta, taki wierny znowu nie byl, ciagle go naprawialam. Akumulator dwa razy, chlodnica raz, pasek rozrzadu raz, sprzeglo raz, hamulce ze trzy razy, klamka w drzwiach odpadla trzy razy (dwa razy klamka kierowcy i raz przedniego pasazera), zamek centralny nigdy nie dzialal, kierunkowskazy tylko dzialaly jesli sie odpowiednio zrobilo wajcha a swiatla w srodku samochodu, to na suficie itd, tylko dzialaly jesli sie mialo otwarte drzwi oraz kierunkowskaz wlaczony jednoczesnie, z tym ze te swiatla wtedy migaly zale razem z kierunkowskazami w tym samym rytmie. Takze sami widzicie, to ulga sie pozbyc tego grata, a jednak sentyment za serce chwyta…
Poza tym szef rzeczywiscie sie troszke przejal moja sytuacja i dal mi pomocnika narazie na miesiac a w dodatku zmniejszym moja druzyne z trzydziestu paru do dwudziestu jeden, wiec to automatycznie mniej pracy. Mysle, ze jakos dam rade narazie.
Z wiadomosci domowych, to upieklam ostatnio muffinki cytrynowe z makiem i byly przepyszne. Bardzo mnie to ucieszylo, bo mam woreczek maku w domu, a nie lubie, jak sie cos marnuj, wiec teraz bede zuzywac na te muffinki. W ogole, na youtubie widze, ze jest troche dziewczyn, ktore robia taz zwany „projekt denko”. U nich to polega na tym, ze w filmiku pokazuja, ktore kosmetyki udalo im sie zuzyc do samego konca, tak wiec sie nie zmarnowaly. Kosmetyki, to ja mam w dupie (tzn. nie doslownie), ale sam projekt denko mi sie spodobal i zainspirowal mnie do przejrzenia w szufladach jakie tam skladniki spozywcze sie walaja i czekaja na swoje piec minut. I tak wlasnie odkrylam, ze mam cztery sloiki miodu, w zwiazku z tym jedlismy wtedy wieprzowine z jablkami i miodem i kurczaka w marynacie miodowej. Znalazlam tez wlasnie ten mak,stad te muffinki. Mam jeszcze sloik oliwek, ktorych nie lubimy oboje, tak wiec wymyslilam, ze upieke z nimi chleb (bo w chlebie nam o dziwo nie przeszkadzaja). Takze projekt denko na calego, dam Wam znac, jak pierwsze z moich znalezisk „zadenkuje”.

Nie mam juz samochodu.

Tak to zaplanowalam i w sumie nie powinno mnie to dziwic, ale jednak teraz, kiedy samochodu nagle nie ma, jest tak jakos dziwnie. Chyba to jeszcze do mnie nie dotarlo. W dzien oddania samochodu na zlom, przyjechal rudo-lysy, niski pan takim pojazdem do odholowywania samochodow i od razu sie zabral do roboty, podczepiania, zaczepiania itd. Dal mi w miedzyczasie jakies papiery do wypelniania, miedzy innymi adres tam mialam wpisac. Pomylilam sie chyba ze dwa razy w adresie, bo jakze ja mam wypelniac, kiedy on normalnie zabiera moj samochod? I to bez zadnego pozegnania, spiewow, rzucania kwiatow, ani nic!

Na pozegnanie jeszcze poklepalam samochod w szybe pasazera majac nadzieje, ze rudo-lysy tego nie zauwazy. Niestety zauwazyl i przyszedl mi powiedziec, zebym sie nie przejmowala, kupie sobie nowy, a mi polecialy lzy. Pewnie, ze sobie kupie, ale ten samochod mialam piec lat, kupilam go sobie na 24. urodziny i jakos zawsze byl dla mnie takim symbolem mojej niezaleznosci.

No, teraz mam rower, jako symbol proby zdrowego trybu zycia. L. zawsze ma samochod, gdybym go potrzebowala i czesto mnie namawia, zebym sie nim przejechala, ale nie ma to jak swoj wierny…

E tam zreszta, taki wierny znowu nie byl, ciagle go naprawialam. Akumulator dwa razy, chlodnica raz, pasek rozrzadu raz, sprzeglo raz, hamulce ze trzy razy, klamka w drzwiach odpadla trzy razy (dwa razy klamka kierowcy i raz przedniego pasazera), zamek centralny nigdy nie dzialal, kierunkowskazy tylko dzialaly jesli sie odpowiednio zrobilo wajcha a swiatla w srodku samochodu, to na suficie itd, tylko dzialaly jesli sie mialo otwarte drzwi oraz kierunkowskaz wlaczony jednoczesnie, z tym ze te swiatla wtedy migaly zale razem z kierunkowskazami w tym samym rytmie. Takze sami widzicie, to ulga sie pozbyc tego grata, a jednak sentyment za serce chwyta…

 

Poza tym szef rzeczywiscie sie troszke przejal moja sytuacja i dal mi pomocnika narazie na miesiac a w dodatku zmniejszyl moja druzyne z trzydziestu paru do dwudziestu jeden, wiec to automatycznie mniej pracy. Mysle, ze jakos dam rade narazie.

 

Z wiadomosci domowych, to upieklam ostatnio muffinki cytrynowe z makiem i byly przepyszne. Bardzo mnie to ucieszylo, bo mam woreczek maku w domu, a nie lubie, jak sie cos marnuje, wiec teraz bede zuzywac na te muffinki. W ogole, na youtubie widze, ze jest troche dziewczyn, ktore robia taz zwany „projekt denko”. U nich to polega na tym, ze w filmiku pokazuja, ktore kosmetyki udalo im sie zuzyc do samego konca, tak wiec sie nie zmarnowaly. Kosmetyki, to ja mam w dupie (tzn. nie doslownie), ale sam projekt denko mi sie spodobal i zainspirowal mnie do przejrzenia w szufladach jakie tam skladniki spozywcze sie walaja i czekaja na swoje piec minut. I tak wlasnie odkrylam, ze mam cztery sloiki miodu, w zwiazku z tym jedlismy wtedy wieprzowine z jablkami i miodem i kurczaka w marynacie miodowej. Znalazlam tez wlasnie ten mak, stad pomysl na muffinki. Mam jeszcze sloik oliwek, ktorych nie lubimy oboje, tak wiec wymyslilam, ze upieke z nimi chleb (bo w chlebie nam o dziwo nie przeszkadzaja). Takze projekt denko na calego, dam Wam znac, jak pierwsze z moich znalezisk „zadenkuje”.

rozplanowac czterdziestu

Jest Poniedzialek Wielkanocny, a ja przyszlam do pracy, zeby pisac moja prace dyplomowa. Latwiej mi sie tu skupic, niz w domu. Jest juz prawie druga po poludniu,a mi wreszcie udalo sie tu dotrzec po jedzeniu sniadania przez godzine i klikaniu na wszystko co sie da w internecie, zeby tylko przelozyc pisanie dyplomu na pozniej. Zmuszanie sie do nauki juz mi tak ciezko idzie po dwoch latach tego kursu, jakbym znowu byla w podstawowce.
W zeszlym tygodniu poszlam do lekarza z objawami mega stresu, zwiazanego z ostatnim egzaminem, ktory nie wiem, jak i czy zdam i z dyplomem, ktory musze miec gotowy juz za chwile prawie. Lekarz zrobila mi test ciazowy i stwierdzila, ze nie jestem w ciazy, wiec po prostu sie stresuje i ze mam przestac. No jasne, po prostu musze sobie dac na luz, nie ma sprawy. Czemu w ciazy mialabym byc, to nie wiem.
Uciekam cos napisac, mam nadzieje dzisiaj napisac rozdzial ‚Findings’, ale to bedzie pracochlonne i bolesne, auc. :(
Dzisiaj przyjechalam do pracy rowerem! Poraz pierwszy. Nie powiem, dupa mnie boli od siodelka, chociaz sobie niby kupilam rower z tzw. wygodnym siodelkiem. To chyba nie jest w ogole calkiem normalne, zeby czlowiek siedzial na czyms tak waskim jak rower, wygodne to to poki co nie jest. Jakos latwiej sie jezdzilo jak sie mialo 12 lat (wydaje mis ie, ze wlasnie wtedy ostatnio jezdzilam na rowerze.)
W dalszym ciagu posiadam samochod, aczkolwiek pojedzie on juz tylko i wylacznie na zlom niestety. Nic naglego sie nie stalo, po prostu jest stary, ma 170000 mil na liczniku, wiele rzeczy jest w nim zepsute i nie ma sensu juz go naprawiac, chociaz poki co jeszcze nawet jezdzi i to calkiem przyjemnie sie go prowadzi. Niestety ani przegladu, ani ubezpieczenia nie mam juz od dwoch dni i poniewaz wiedzialam, ze zbliza sie ta data, to juz ze dwa miesiace temu wymyslilam sobie taki plan, ze kupie sobie rower zamiast samochodu. No i faktycznie, tak zrobilam.
Wczoraj zakupilam rower, a w sumie juz trzy dni temu, ale na wczoraj byl gotowy. Specjalnie do sklepu poszlam w mojej najciasniejszej garsonce pracowej mierzyc, czy w ogole bede w stanie w niej jezdzic. Dalam rade,a  dzisiaj jest wlasnie ten pierwszy dzien, kiedy rower przywiozl mnie do pracy. Wiedzialam, ze bedzie troche ciezko i no i troche bylo, no ale moze bede zdrowsza dzieki temu.
A poza tym, to u mnie w pracy w ostatnich szesciu tygodniach zrobilo sie pieklo i tak jak po przednio mialam obowiazkow tyle, ze nie wiedzialam juz w co rece wlozyc, tak ostatnio juz sie zrobilo grube przegiecie. Nie mailam czasu obliczyc ile bym musiala w tygodniu pracowac, zeby to wszystko zrobic, ale na pewno ponad 70 godzin a za tyle mi nie placa, a nawet jakby placili, to bym tego nie chciala robic.
Tak wiec dzisiaj wreszcie napisalam emaila do szefa, ze musimy porozmawiac i ze nie dam rady tak dalej pracowac. Bo nie chodzi przeciez o taka sytuacje, ze mam wpizdu pracy, ale wszyscy wiedza, ze mam jej za duzo, wiec poblazliwie kiwaja glowami. Niestety tak nie jest. Zamiast tego mam nad glowa jadowite harpie ze strony naszego Kilenta, ktore zycza sobie sto raportow i ciaglego dostepu do nie wiem jakich informacji, dwudziestu szesciu agentow, ktorzy ciagle czegos ode mnie chca i mnie o cos pytaja i szefa, ktory na to wszystko przychodzi i sie pyta, czemu tak malo zarobilismy i czy moge rozplanowac czterdziestu osobom nastepny tydzien godzina po godzinie. Wszystko to, podczas kiedy moja praca, ktora musze wykonywac lezy odlogiem. A potem ja jestem odpowiedzialna za to, ze jest niewykonana. Juz kiedys obliczylam, ze mialam obowiazkow na 64 godziny tygodniowo, a teraz to juz na nie wiem ile. Oczywiscie prosilam, zeby mi zatrudnili asystenta, ale zawsze slysze ta sama wymowke (kasa). Napisalam mu oficjalnie, ze go informuje, ze nie daje razy z obowiazkami, ze mnie to stresuje i ze prosze o zmiany. On teraz musi sie ustosunkowac, bo takie tu jest prawo pracy, ze chroni takie zestresowane robaczki, jak ja. Zobaczymy co sie stanie. Jest w Irlandii kryzys, ale az taka bieda nie jest, zeby trzeba bylo to znosic.
A w ogole, to wczoraj L. zdjal dach w swoim kabriolecie i jezdzilismy w zachodzacym sloncu bez dachu. Szkoda tylko, ze tu upalow nie ma (tzn. upalow bym nie chciala, ale zachod slonca po upalnym dniu, to tak), tak wiec troche zmarzlismy, ale i tak bylo super. Samochod sie od razu zrobil przestronniejszy bez dachu, bo z dachem to jest naprawde malutki. Nie dziwie sie L., ze tak lubi ta swoja zabawke.

Dzisiaj przyjechalam do pracy rowerem! Poraz pierwszy. Nie powiem, dupa mnie boli od siodelka, chociaz sobie niby kupilam rower z tzw. wygodnym siodelkiem. To chyba nie jest w ogole calkiem normalne, zeby czlowiek siedzial na czyms tak waskim jak rower, wygodne to to poki co nie jest. Jakos latwiej sie jezdzilo jak sie mialo 12 lat (wydaje mi sie, ze wlasnie wtedy ostatnio jezdzilam na rowerze.) W dalszym ciagu posiadam samochod, aczkolwiek pojedzie on juz tylko i wylacznie na zlom niestety. Nic naglego sie nie stalo, po prostu jest stary, ma 170000 mil na liczniku, wiele rzeczy jest w nim zepsute i nie ma sensu juz go naprawiac, chociaz poki co jeszcze nawet jezdzi i to calkiem przyjemnie sie go prowadzi. Niestety ani przegladu, ani ubezpieczenia nie mam juz od dwoch dni i poniewaz wiedzialam, ze zbliza sie ta data, to juz ze dwa miesiace temu wymyslilam sobie taki plan, ze kupie sobie rower zamiast samochodu. No i faktycznie, tak zrobilam.Wczoraj zakupilam rower, a w sumie juz trzy dni temu, ale na wczoraj byl gotowy.  Specjalnie do sklepu poszlam w mojej najciasniejszej garsonce pracowej mierzyc, czy w ogole bede w stanie w niej jezdzic. Dalam rade,a  dzisiaj jest wlasnie ten pierwszy dzien, kiedy rower przywiozl mnie do pracy. Wiedzialam, ze bedzie troche ciezko i no i troche bylo, no ale moze bede zdrowsza dzieki temu.
A poza tym, to u mnie w pracy w ostatnich szesciu tygodniach zrobilo sie pieklo i tak jak po przednio mialam obowiazkow tyle, ze nie wiedzialam juz w co rece wlozyc, tak ostatnio juz sie zrobilo grube przegiecie. Nie mailam czasu obliczyc ile bym musiala w tygodniu pracowac, zeby to wszystko zrobic, ale na pewno ponad 70 godzin a za tyle mi nie placa, a nawet jakby placili, to bym tego nie chciala robic.Tak wiec dzisiaj wreszcie napisalam emaila do szefa, ze musimy porozmawiac i ze nie dam rady tak dalej pracowac. Bo nie chodzi przeciez o taka sytuacje, ze mam wpizdu pracy, ale wszyscy wiedza, ze mam jej za duzo, wiec poblazliwie kiwaja glowami. Niestety tak nie jest. Zamiast tego mam nad glowa jadowite harpie ze strony naszego Kilenta, ktore zycza sobie sto raportow i ciaglego dostepu do nie wiem jakich informacji, dwudziestu szesciu agentow, ktorzy ciagle czegos ode mnie chca i mnie o cos pytaja i szefa, ktory na to wszystko przychodzi i sie pyta, czemu tak malo kasy zarobilismy i czy moge rozplanowac czterdziestu osobom nastepny tydzien godzina po godzinie.

Wszystko to, podczas kiedy moja praca, ktora musze wykonywac lezy odlogiem. A potem ja jestem odpowiedzialna za to, ze jest niewykonana. Juz kiedys obliczylam, ze mialam obowiazkow na 64 godziny tygodniowo, a teraz to juz na nie wiem ile. Oczywiscie prosilam, zeby mi zatrudnili asystenta, ale zawsze slysze ta sama wymowke (kasa). Napisalam mu oficjalnie, ze go informuje, ze nie daje razy z obowiazkami, ze mnie to stresuje i ze prosze o zmiany. On teraz musi sie ustosunkowac, bo takie tu jest prawo pracy, ze chroni takie zestresowane robaczki, jak ja. Zobaczymy co sie stanie. Jest w Irlandii kryzys, ale az taka bieda nie jest, zeby trzeba bylo to znosic.

 

A w ogole, to wczoraj L. zdjal dach w swoim kabriolecie i jezdzilismy w zachodzacym sloncu bez dachu. Szkoda tylko, ze tu upalow nie ma (tzn. upalow bym nie chciala, ale zachod slonca po upalnym dniu, to tak), tak wiec troche zmarzlismy, ale i tak bylo super. Samochod sie od razu zrobil przestronniejszy bez dachu, bo z dachem to jest naprawde malutki. Nie dziwie sie L., ze tak lubi ta swoja zabawke.

Moves like Jagger

Jutro Norwegia! Podroz do tego niedalekiedo kraju zajmie nam w sumie zajebiscie dlugo. Najpierw musimy sie dostac na lotnisko w Dublinie, co wcale nie jest takie proste. Tak, jak juz pisalam, komunikacja publiczna jest w Irlandii raczej przypadkowa, wiec jedyna nasza opcja okazal sie pociag za 40 euro od osoby w jedna strone. Juz mielismy placic, ale ja sie zbuntowalam. Kazalam wyciagnac na pulpit komputera kalkulator i uparlam sie, ze musi byc tansza opcja. Przejzelismy strony z carpoolingiem, ale tam tez niczego nie znalezlismy, wiec policzylismy ile nas bedzie kosztowala jazda samochodem i parking w Dublinie przez tydzien. Nawet przy pesymistycznej kalkulacji zuzycia benzyny wyszla nam oszczednosc okolo 70 euro.

Tak wiec bedzie wycieczka, wyjezdzamy o piatej rano. :)
Do tego ja bede musiala jechac duza czesc trasy, bo L. nie moze prowadzic mojego samochodu na autostradach (znowu kruczki i komplikacje zwiazane z irlandzkim ubezpieczeniem samochodow.) Doliczylismy takze przerwe na dolewanie wody do gotujacej sie chlodnicy, bo to nas na pewno nie ominie…
A z przyjemnosci, to L. dzisiaj przyparkowal mnie pod domem, kiedy chcialam jeszcze ostatni raz przed urlopem wpasc do pracy. Skoro juz mial swoj samochod przestawiac, to zaproponowal, ze mnie odwiezie. Swieci dzisiaj piekne slonce, wiec kiedy ja robilam sobie kawe do pracy w moim kubku-termosie, to L. zdjal ze swojego samochodu dach i zapytal mnie, czy mam czapke, albo szalik do zawiniecia sobie na glowie. Zlapalam wiec bialy szalik (hehe) i pojechalismy. Kiedy juz bylismy prawie przy samej pracy, to ja sobie zazyczylam przedluzenia wycieczki. Tak mi sie to strasznie podobalo, a do tego L. mial plyte z ta przeglupia piosenka Maroon 5 – ‚Moves like Jagger’, ktora bardzo ostatnio lubie. I tak jezdzilismy prawie godzine, a ja sie cieszylam jak dziecko. Oczywiscie szalik potem zdjelam i moje wlosy unosily sie w powietrzu w przedziwnych kierunkach, w ogole nie zwracajac uwagi na grawitacje. I tak wlasnie wreszcie dotarlam tu, do pracy, gdzie powinnam sie zajac prcowaniem, ale jestem tak pelna energii, ze wcale nie moge. :)
Zycie jest takie ekscytujace. :)

jeszcze dwie, i nastepne dwie

Czytalam dzisiaj troche moj papierowy pamietnik, ktory ostatnio pisalam piec lat temu, jak bylam w Chicago. Zaskoczylo mnie to, jaka bylam dowcipna i madralinska. Ale ja chyba wtedy w ogole taka bylam. Teraz sie zrobilam taka bardziej powazna.
Pisalam o roznych rzeczach wtedy, miedzy innymi o pracy, ktora wtedy mialam, w ktorej mi sie strasznie nudzilo. Bylam wdzieczna, ze mialam jakakolwiek prace, bo to i tak byl cud, ze jakas mialam, ale nudzilam sie tam, co niemiara. Stanie za lada na stacji benzynowej potrafi czlowieka doprowadzic do takich rozrywek, ze slabo sie robi. Liczenie klientow, liczenie paczek papierosow (nie tylko na koniec dnia obowiazkowo, ale w polowie tez dla zabawy), pisanie pamietnika, snucie szczegolowych planow i marzen, no i czytanie. Czytanie niestety bylo zabronione, ale oczywiscie i tak to robilam ile sie tylko dalo. Do tej pory pamietam zapach tej stacji, obrzydliwy kibel bez ogrzewania, lody Oreo, ktore zarlam na potege, maszyne do lotka, ktorej nie moglam na poczatku skumac i niektorych klientow. Pamietam takiego jednego kolesia, ktory przychodzil codziennie kupowac takie niebieskie zdrapki za dwa dolary. Liczyl, ze jesli bedzie codziennie zdrapywal, to w koncu wygra te 10000. Zawsze najpierw kupowal dwie i zdrapywal je moneta, a potem jeszcze dwie, i nastepne dwie i tak potrafil godzine. Czasami takiego syfu narobil tymi zdrapanymi paprochami, ze cos strasznego, ale drapal dalej. Kiedys mialam swiezy pakiet tych zdrapek. Bylo ich tam 200, czyli razem kosztowalyby 400. Przyszedl ten koles i powiedzialam mu, ze moglby kupic od razu caly pakiet, to by mogl sobie w domu zdrapac spokojnie, bez stania na zimnej stacji i ciaglego wyjmowania pieniedzy. Spojrzal na mnie, jakbym byla nienormalna i powiedzial ‚ty chyba nie rozumiesz, jak to dziala, daj mi dwie.’ No ok, dalam mu dwie. Jednak jakas mysl musialam zaszczepic w jego mozgu, bo tak uczciwie drapal tego dnia, az skonczyl mi sie pakiet. Nawet troche wygral, moze ze 160, czyli lacznie zaplacil tylko 240 za dwie godziny ustawicznego drapania. A cieszyl sie przy tym jak dziecko. Zal mi troche bylo tego idioty.
A w czasach terazniejszych, to tyle, ze L. kupil sobie wreszcie ten swoj samochod. Tym razem na szczescie nie musialam z nim jechac po niego, pojechal sobie sam pociagiem. Inna sprawa, ze tym razem sie dalo pociagiem, bo transport publiczny w Irlandii jest raczej przypadkowy i prawie nigdzie nie dojezdza. Nowy samochod jest bardzo malutki, ale od razu go polubilam, bo ma zajebiste ogrzewanie. W miedzyczasie sie zrobilo tak jakby troche zimniej, nawet rozwazam wyciagniecie plaszcza z szafy, bo poki co chodze w swetrze. 
Do tego w pracy jest super interesujaco, ekscytujaco i w ogole to bym tam siedziala non-stop, wiec dobrze, ze mam L., ktory na mnie krzyczy, kiedy to robie.
No i tyle. Nie ugotowalam ostatnio nic ciekawego, bo pomiedzy praca a studiami mam szczescie jak mi sie udaje raz w tygodniu wyspac.
Ale jestem szczesliwa w tej chwili bardzo, a to jest przeciez najwazniejsze.
A na koniec hipnoza z Belladonna.