Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Experimenting more with the pear cake and it was delicioushellip
    4 tygodnie ago by tattoomybroccoli Experimenting more with the pear cake and it was delicious again! #pearcake #pear #homemade #instabake #delicioso #sweettooth #kake
  • Good to have a homemade dinner on a Saturday Thehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Good to have a homemade dinner on a Saturday. The chicken was big, so it took forever to roast, but we waited patiently:) #instachicken #delicioso #homemade #instadinner #yummy #deilig
  • Nothing more comforting than a homemade challah homemade challah instabakehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Nothing more comforting than a homemade challah. #homemade #challah #instabake #delicioso
  • Here I was getting my pizza without cheese Still delicioushellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Here I was getting my pizza without cheese. Still delicious, especially when you have no choice ;) Yum! #pizza #instapizza #pizzabakeren
  • So I made a pasta bake with a dairy freehellip
    3 tygodnie ago by tattoomybroccoli So I made a pasta bake with a dairy free bechamel sauce and vegan cheese on top. I know dairy free bechamel is an abomination but I really can't have any milk products and miss my favourite sauce terribly so decided to experiment with margarine, soy cream and soy milk. It was delicious! #dairyfree #pasta #instapasta #nodairy #pastabake #delicious #delicioso #deiligmat #soymilk #bechamel
  • Challah goodness challah instabread delicioso homemade delicious chaka
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Challah goodness #challah #instabread #delicioso #homemade #delicious #chałka
Listopad 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38959
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

pieczenie

sa tacy, ktorzy najwyrazniej pija po 10 tych kaw

Wczorasj mialysmy z Babcia dzien pelen gosci. Najpierw rano przyszla do mnie znajoma, ktora pracuje na nocne zmiany, wiec odwiedziny na kawe o dziewiatej rano, to dla niej akurat po pracy. Byly to oczywiscie odwiedziny zapowiedziane, chyba inaczej bym o takiej porze nawet nie odebrala domofonu, bo kto moze cos chciec ode mnie rano?

Tak wiec przyszla, posadzilam ja w kuchni na moim goscinnym krzesle, przytulnie wcisnietym pomiedzy kaloryfer a zamrazarke, taka mala, wielkosci moze pralki. Zrobilam jej herbate, bo nie chciala kawy. Norwegowie pija srednio piec kaw dziennie na osobe, ale ja znam kilku, ktorzy kawy nie pija, czyli sa tacy, ktorzy najwyrazniej pija po 10 tych kaw – szalenstwo. Tak wiec M. sobie siedziala na moim kuchennym krzesle, a ja robilam ciasto z ananasem, kokosem i mleczkiem kokosowym. Potem poszlysmy do salonu, przylaczyla sie do nas Babcia, ktora M. akurat dosc lubi i jak tylko ciasto bylo gotowe, jadlysmy je i bylo nam cudownie.

 

Potem zrobilam leczo i przyszla moja tesciowa. Potem z pracy wrocil L. i jedlismy razem. Potem oczywiscie kawa w duzych ilosciach i rozmowy do poznego wieczora.

A na sam koniec musialam wreszcie wrocic do ksiazki, ktora czytalam, czyli Metro 2033. Przesiedzialam cala noc, az przeczytalam cala druga polowe, bo nie moglam sie oderwac od tej wspanialej ksiazki. Polecam, szczegolnie takim jak ja entuzjastom science-fiction.

 

A na moim blogu dwa nowe przepisy:

Ciasto z zurawina i rodzynkami.

aatinySAM_5098

 

Ciasto z makiem.

___SAM_3857

na spacer uwaznie ogladajac kazdy ogrod

Dzisiaj wydarzylo sie cos fajnego. Namawialam mojego L. juz pare dni na to, zebysmy zajrzeli do okolicznych ogrodow, w ktorych ludzie maja obwieszona jablkami drzewa i zapytali, czy nie mozemy troche zebrac. Wreszcie sie dzisiaj odwazylismy, poszlismy na spacer uwaznie ogladajac kazdy ogrod. Wiekszosc jablek juz zebranych, zostaly tylko te na samych czubkach drzew, albo takie, ktore opadly na ziemie i jedza je tam ptaki.

Po polgodzinnym spacerze trafilismy jednak na ogrod, w ktorym staly trzy piekne jablonie. Troszke jablek bylo zebranych, ale bylo ich na drzewach jeszcze duzo. Kiedy tylko zapalilam sie i ruszylam w strone ganku, zeby pukac do drzwi, L. wyraznie zostal troche z tylu. No, co zrobic, taka juz jego natura, ze pierwszy do gadania nie jest i nigdy nie bedzie. Zadzwonilam dzwonkiem, po chwili otworzyl facet. Zapytalam go po angielsku (dalej uzywam angielskiego jesli sobie dokladnie nie przygotuje, co mam powiedziec, niestety), czy mozemy pozbierac jablka z drzewa.

‚Pewnie, ze mozecie, bierzcie ile chcecie.’ I tak zebralismy ich chyba z 10kg. L. wlazil na dzrewa i nimi trzasl, a takze stracalismy je trzonkiem miotly, ktora tam stala. To wszystko bylo swietna zabawa.

Uwielbiam darmowe jedzenie, strasznie sie zrobilam pod tym wzgledem w temacie. W tym roku zrobilam juz 12 sloikow dzemu porzeczkowego, 18 sloikow soku do rozcienczania (z porzeczek), 12 sloikow dzemu jagodowego z jagod, ktore zebralismy w lesie i 14 sloikow sosu jablkowego, z jablek z czyjegos wlasnie ogrodu. Teraz jeszcze przerobie te 10kg i powinnam miec wystarczajaco duzo sosu.

Uzywam tego cudu (sosu jablkowego) do ciast zamiast tluszczu (sic!), Babcia je go nalogowo na chlebie, ja go dodaje do deserow i  w ogole juz nie umiem sie bez niego obejsc, tak wiec nigdy go nie mam za duzo, tylko sloikow za malo. :)

A tak wygladaja sloiki.
applesauce

Norwegian apples straight from the tree

Potem, kiedy wracalismy z siatami pelnymi jablek, mowilismy o tym, ze jak bedziemy mieli 50 lat, to bedzie to jedno z najfajniejszych wspomnien mlodosci, takie chodzenie na jablka razem.

 

na gardlo, do ssania, do zucia

Zimy w Norwegii w tym roku prawie nie bylo. Poinstruowana przez troskliwych Norwegow kupilam sobie najdrozsza kurtke, jaka mialam w zyciu, a minusowych temperatur bylo moze cztery tygodnie.

A teraz jest trzecia rano i pieke chleb. Dobra pora na wypieki. Maszyna do chleba halasuje jak porabana i zastanawiam sie, czy nie obudzi L.

Za chwile jade do Polski. Za kilka godzin. Nie moge spac, wiec wstalam.

W Polsce koncze ukladac elementy ukladanki, ktore zostawila mi Mama. Teraz miedzy innymi na tapecie klotnie z majstrami, ktorzy wykanczaja mieszkanie.

W Norwegii dalej niewiele sie dzieje. Narazie dalej nie pracuje, wiec tez nie ma co opowiadac.

Nauczylam sie jest norweskie bulki z kardamonem. Juz nawet nie czuje tego kardamonu, przestal mi przeszkadzac.

Z kolei wizja gofrow z dzemem malinowym mnie wrecz cieszy, a kiedys gofry byly rzecza mi calkiem obojetna. Tutaj jednak gofry to najwazniejsze i najlepsze, co mozna zjesc, przynajmniej wedlug Norwegow.  Trzeba je jesc na spotkaniach rodzinnych, zimne zabierac na piesze wycieczki, trzeba je kupowac w schronisku gorskim po meczacej przeprawie, zeby sie tam dostac i na basenie tez je sprzedaja…

Tylko wstretnych parowek w szorstkim od maki nalesniku nie polubilam… I lukrecji. W Norwegii jest wszystko z lukrecja. Jesli nie wiecie, co to jest, to przypomnijcie sobie, jak za dziecinnych lat otwieraliscie paczke cukierkow Haribo i skrzetnie omijaliscie te czarne cukierki, bo pomimo staran nie dalo sie ich lubic. To wlasnie jest lukrecja. Tutaj z nia jest kazdy rodzaj cukierka, jaki sobie mozecie wyobrazic. Takie na gardlo, do ssania, do zucia, chyba z dziesiec rodzajow zelkow z lukrecja, a jak Wam jeszcze malo, to niektore sa z lukrecja i z sola. Jak dla mnie niejadalne.

Chcialabym, zeby ta maszyna do chleba przestala robic taki rwetes. Chyba dzisiaj nie pojde spac, tylko zaczekam do rana i pojde na samolot.

 

Zrobilismy sobie z L. sliczne zdjecia. Bez okazji, tak tylko na pamiatke, jak bylismy w Polsce.

Dalej uwielbiam L., nie umiem sobie wyobrazic zycia z kims innym i mam nadzieje, ze to bedzie trwalo jak najdluzej. Niedlugo bedzie 4 lata razem!

 

my razem

sloik oliwek

Nie mam juz samochodu. Tak to zaplanowalam i w sumie nie powinno mnie to dziwic, ale jednak teraz, kiedy samochodu nagle nie ma, jest tak jakos dziwnie. Chyba to jeszcze do mnie nie dotarlo. W dzien oddania samochodu na zlom, przyjechal rudo-lysy, niski pan takim pojazdem do odholowywania samochodow i od razu sie zabral do roboty, podczepiania, zaczepiania itd. Dal mi w miedzyczasie jakies papiery do wypelniania, miedzy innymi adres tam mialam wpisac. Pomylilam sie chyba ze dwa razy w adresie, bo jakze ja mam wypelniac, kiedy on normalnie zabiera moj samochod? I to bez zadnego pozegnania, spiewow, rzucania kwiatow, ani nic!
Na pozegnanie jeszcze poklepalam samochod w szybe pasazera majac nadzieje, ze rudo-lysy tego nie zauwazy. Niestety zauwazyl i przyszedl mi powiedziec, zebym sie nie przejmowala, kupie sobie nowy, a mi polecialy lzy. Pewnie, ze sobie kupie, ale ten samochod mialam piec lat, kupilam go sobie na 24. urodziny i jakos zawsze byl dla mnie takim symbolem mojej niezaleznosci. No, teraz mam rower, jako symbol proby zdrowego trybu zycia. L. zawsze ma samochod, gdybym go potrzebowala i czesto mnie namawia, zebym sie nim przejechala, ale nie ma to jak swoj wierny… E tam zreszta, taki wierny znowu nie byl, ciagle go naprawialam. Akumulator dwa razy, chlodnica raz, pasek rozrzadu raz, sprzeglo raz, hamulce ze trzy razy, klamka w drzwiach odpadla trzy razy (dwa razy klamka kierowcy i raz przedniego pasazera), zamek centralny nigdy nie dzialal, kierunkowskazy tylko dzialaly jesli sie odpowiednio zrobilo wajcha a swiatla w srodku samochodu, to na suficie itd, tylko dzialaly jesli sie mialo otwarte drzwi oraz kierunkowskaz wlaczony jednoczesnie, z tym ze te swiatla wtedy migaly zale razem z kierunkowskazami w tym samym rytmie. Takze sami widzicie, to ulga sie pozbyc tego grata, a jednak sentyment za serce chwyta…
Poza tym szef rzeczywiscie sie troszke przejal moja sytuacja i dal mi pomocnika narazie na miesiac a w dodatku zmniejszym moja druzyne z trzydziestu paru do dwudziestu jeden, wiec to automatycznie mniej pracy. Mysle, ze jakos dam rade narazie.
Z wiadomosci domowych, to upieklam ostatnio muffinki cytrynowe z makiem i byly przepyszne. Bardzo mnie to ucieszylo, bo mam woreczek maku w domu, a nie lubie, jak sie cos marnuj, wiec teraz bede zuzywac na te muffinki. W ogole, na youtubie widze, ze jest troche dziewczyn, ktore robia taz zwany „projekt denko”. U nich to polega na tym, ze w filmiku pokazuja, ktore kosmetyki udalo im sie zuzyc do samego konca, tak wiec sie nie zmarnowaly. Kosmetyki, to ja mam w dupie (tzn. nie doslownie), ale sam projekt denko mi sie spodobal i zainspirowal mnie do przejrzenia w szufladach jakie tam skladniki spozywcze sie walaja i czekaja na swoje piec minut. I tak wlasnie odkrylam, ze mam cztery sloiki miodu, w zwiazku z tym jedlismy wtedy wieprzowine z jablkami i miodem i kurczaka w marynacie miodowej. Znalazlam tez wlasnie ten mak,stad te muffinki. Mam jeszcze sloik oliwek, ktorych nie lubimy oboje, tak wiec wymyslilam, ze upieke z nimi chleb (bo w chlebie nam o dziwo nie przeszkadzaja). Takze projekt denko na calego, dam Wam znac, jak pierwsze z moich znalezisk „zadenkuje”.

Nie mam juz samochodu.

Tak to zaplanowalam i w sumie nie powinno mnie to dziwic, ale jednak teraz, kiedy samochodu nagle nie ma, jest tak jakos dziwnie. Chyba to jeszcze do mnie nie dotarlo. W dzien oddania samochodu na zlom, przyjechal rudo-lysy, niski pan takim pojazdem do odholowywania samochodow i od razu sie zabral do roboty, podczepiania, zaczepiania itd. Dal mi w miedzyczasie jakies papiery do wypelniania, miedzy innymi adres tam mialam wpisac. Pomylilam sie chyba ze dwa razy w adresie, bo jakze ja mam wypelniac, kiedy on normalnie zabiera moj samochod? I to bez zadnego pozegnania, spiewow, rzucania kwiatow, ani nic!

Na pozegnanie jeszcze poklepalam samochod w szybe pasazera majac nadzieje, ze rudo-lysy tego nie zauwazy. Niestety zauwazyl i przyszedl mi powiedziec, zebym sie nie przejmowala, kupie sobie nowy, a mi polecialy lzy. Pewnie, ze sobie kupie, ale ten samochod mialam piec lat, kupilam go sobie na 24. urodziny i jakos zawsze byl dla mnie takim symbolem mojej niezaleznosci.

No, teraz mam rower, jako symbol proby zdrowego trybu zycia. L. zawsze ma samochod, gdybym go potrzebowala i czesto mnie namawia, zebym sie nim przejechala, ale nie ma to jak swoj wierny…

E tam zreszta, taki wierny znowu nie byl, ciagle go naprawialam. Akumulator dwa razy, chlodnica raz, pasek rozrzadu raz, sprzeglo raz, hamulce ze trzy razy, klamka w drzwiach odpadla trzy razy (dwa razy klamka kierowcy i raz przedniego pasazera), zamek centralny nigdy nie dzialal, kierunkowskazy tylko dzialaly jesli sie odpowiednio zrobilo wajcha a swiatla w srodku samochodu, to na suficie itd, tylko dzialaly jesli sie mialo otwarte drzwi oraz kierunkowskaz wlaczony jednoczesnie, z tym ze te swiatla wtedy migaly zale razem z kierunkowskazami w tym samym rytmie. Takze sami widzicie, to ulga sie pozbyc tego grata, a jednak sentyment za serce chwyta…

 

Poza tym szef rzeczywiscie sie troszke przejal moja sytuacja i dal mi pomocnika narazie na miesiac a w dodatku zmniejszyl moja druzyne z trzydziestu paru do dwudziestu jeden, wiec to automatycznie mniej pracy. Mysle, ze jakos dam rade narazie.

 

Z wiadomosci domowych, to upieklam ostatnio muffinki cytrynowe z makiem i byly przepyszne. Bardzo mnie to ucieszylo, bo mam woreczek maku w domu, a nie lubie, jak sie cos marnuje, wiec teraz bede zuzywac na te muffinki. W ogole, na youtubie widze, ze jest troche dziewczyn, ktore robia taz zwany „projekt denko”. U nich to polega na tym, ze w filmiku pokazuja, ktore kosmetyki udalo im sie zuzyc do samego konca, tak wiec sie nie zmarnowaly. Kosmetyki, to ja mam w dupie (tzn. nie doslownie), ale sam projekt denko mi sie spodobal i zainspirowal mnie do przejrzenia w szufladach jakie tam skladniki spozywcze sie walaja i czekaja na swoje piec minut. I tak wlasnie odkrylam, ze mam cztery sloiki miodu, w zwiazku z tym jedlismy wtedy wieprzowine z jablkami i miodem i kurczaka w marynacie miodowej. Znalazlam tez wlasnie ten mak, stad pomysl na muffinki. Mam jeszcze sloik oliwek, ktorych nie lubimy oboje, tak wiec wymyslilam, ze upieke z nimi chleb (bo w chlebie nam o dziwo nie przeszkadzaja). Takze projekt denko na calego, dam Wam znac, jak pierwsze z moich znalezisk „zadenkuje”.

Ja oczywiscie zapomnialam kto mowi, podczas kiedy kto lamie.

Juz po swietach. Nagotowalam prosze panstwa w ilosciach odpowiednich. Zrobilam pierogi z kapusta i grzybami. Grzybow nie udalo mi sie dostac suszonych, takich z rodzaju borowik i kozlak, a jedyne jakie trafilam byly w polskim sklepie chinskie grzyby Mun. No coz, namoczylam, poszatkowalam, wrzucilam do kapusty i tez bylo pyszne.
Farszu oczywiscie zrobilam wiecej, niz pierogow, ale w tym dylemacie pomogl mi niezastapiony L., ktory razem ze mna w pierwszy dzien swiat dorobil 24 pierogi, ktore ja podgotowalam po minucie i wrzucilismy do zamrazalnika (ale mialam problem z napisaniem slowa ‚zamrazalnik’, wow) w workach po 12 pierogow. Bedziemy mieli takie super dwa obiady w styczniu, ze bedziecie wszyscy mi zazdroscic i zgrzytac zebami.
Oprocz pierogow zrobilam takze dwa makowce. Posluzylam sie przepisem z kotlet.tv. Wsypalam wszystko w takich ilosciach, jak ta dziewczyna na filmiku, ale podczas kiedy ona z tej miski po wymieszaniu tego ciasta miala taka jakby kule, to ja mialam praktycznie zupe… I taka to sprawiedliwosc jest. Z ciastem drozdzowym sie paprac po prostu nienawidze, wiec musicie sobie wyobrazic jak bardzo chcialam tego makowca, ze sie jednak papralam. Wyroslo pieknie, a przede wszystkim wreszcie poraz pierwszy udalo mi sie je tak zawinac posrod paprzacego sie ciasta, ze masa makowa w nim zostala, a nie wyplynela, ani nie wybulgotala makowymi bablami jak wulkan. Taka wiec dumna upieklam makowce i po przekrojeniu ukazal mi sie wzor prawie slimaka, pelen maku. Trzeba Wam wiedziec, ze w zeszlym roku, a takze przy kazdej poprzedniej probie robienia makowca, wiekszosc masy makowej mi zawsze gdzies uciekala, bo bylam niezreczna strasznie i tego maku bylo w ciescie niewiele. Tym razem jednak zwyciestwo! Ale niespodzianka: L. stwierdzil, ze to ciasto ma o wiele za duzo maku i ze on znacznie bardziej wolal, kiedy maku bylo ledwo co… Ale powiedzial, ze on rozumie, bo juz podczas pierwszych swiat spedzonych ze mna zauwazyl, ze jedzenie maku jest kwintesencja polskosci… Przynajmniej on tak to odbiera, bo Norwegom do glowy by nie przyszlo, zeby tak zrec mak jak my…
Nastepna potrawa, ktora zrobilam byl kurczak pieczony z ziemniakami slodkimi, normalnymi i z marchwia, wypchany jablkami i zawiniety w boczek. Jedlismy to w Wigilie miedzy innymi, bo ani w Norwegii, ani w Irlandii, w ktorej przeciez mieszkamy, nie ma tradycji niejedzenia miesa w Wigilie, wiec dwa do jednego: polska tradycja musiala sie ugiac.
Oprocz tego zrobilam salatke, na ktora przepis mam nie wiem skad, ale jest to taka zwykla salatka z jajkiem na twardo, gotowana marchewka, korzeniem pietruszki, piklami, groszkiem, porem i kupa majonezu. L. moglby tej salatce skladac poklony, tak kocha to ustrojstwo, ze ja juz dla niego nie istnieje, tylko ta salatka i salatka. Zarlby ja po prostu bez zadnego umiaru.Zrobilam jej wiec prawie, ze wiadro, zeby byl szczesliwy. Juz mnie zapytal, czy na nowy rok tez moglabym zrobic nastepne wiadro, ale kazalm najpierw zjesc to wiadro, ktore jest.
I na deser zrobilam jeszcze takie male ciasteczka z ciasta francuskiego, zawiniete w osobliwy ksztalt zwany ‚sloniowymi uszami.’ Zrobilam je z dzemem malinowym, poniewaz na wiekszosc klasycznych dodatkow do ciasta francuskiego L. jest uczulony.

Tak wiec zrobilismy barszcz z proszku w kubkach, ja wyciagnelam przyslany przez Babcie oplatek, rozlozylismy jedzenie na stole przykrytym obrusem przedstawiajacym snieg, Mikolaja, renifery i tego typu historie, zapalilismy swiece i polamalismy sie oplatkiem. Ja oczywiscie zapomnialam kto mowi, podczas kiedy kto lamie czyj oplatek. To jednak nie szkodzi, bo po zyczeniach i tak ja dostalam wiekszosc obu oplatkow do zjedzenia, bo L. sie to przykleja do podniebienia, a poza tym nie ma on doswiadczen z dziecistwa, kiedy to oplatek, to bylo cos super i w ogole sie zjadalo wszystkim doroslym.
Zjedlismy Wigilie i udalismy sie do sypialni rozpakowywac prezenty, ktore porozkladalismy na lozku.
Wszystko to bylo bardzo emocjonujace, dalismy sobie swietne prezenty, ktore sie nam bardzo podobaly. Ja miedzy innymi, dostalam Kindle, ktorego juz od dawna chcialam miec, wiec zaraz sie wzielam za czytanie kompletnie zaniedbujac moja papierowa ksiazke.
W drugie swieto bylam w pracy na szesc godzin, ale po pracy zrobilam dla L. ciasto czekoladowe, zeby nie musial biedaczek wpieprzac ciagle slodyczy, podczas kiedy ja jem makowca.

Oprocz tych wszystkich wspanialosci, odkrylam calkiem nowa ceche mojego organizmu (na bezsennosci sie nie skonczylo, a zreszta jakos z ta bezsennoscia zaczelam sobie o wiele lepiej radzic). Otoz po jakichs dwoch miesiacach, jak nie dluzej, wystepujacego nagle uczucia, ze zaraz sie zrzygam wystepujacego razem z odjazdowym bolem glowy, trwajacego po kilka godzin, wreszcie doszlam do tego, co jest powodem. Udalo mi sie juz nawet sprawdzic ta hipoteze poprzez usuniecie szkodliwego czynnika, ale sama jeszcze nie wierze, ze oto koniec moich problemow. Okazuje sie, ze nagle nie toleruje mleka… 28 lat je pilam i nic mi nie bylo, az nagle nie i koniec.
Tak wiec skonczyly sie moje latte i capuccino. Skonczyl sie jogurcik. Na cale szczescie od sera mnie nie wykreca, tylko od mleka. Tesknie za latte, ale chetnie pije zielona herbate, cieszac sie tym, ze jest przeciez o wiele zdrowsza. A poza tym bylam kilka razy tak od tego mleka chora, czulam sie po prostu tak strasznie, ze to niepicie latte jest niewielka cena. Przyznaje jednak, ze za poranna kawa z mlekiem w domu mi sie teskni bardzo. :(
W pracy podpowiedzieli mi, ze powinnam poszukac w sklepie mleka ryzowego, ktore podobno jest znosne z kawa, a takze jakiegos specjalnego mleka z usunieta laktoza. Pewnie bedzie ono kosztowalo po €5 za litr, ale raz na jakis czas przynajmniej wypilabym kawe.