Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • When your Sunday chicken gets a bit burnt on tophellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli When your Sunday chicken gets a bit burnt on top but you don't care because you know it's going to be delicious #chicken #chickenroast #yummy #homemade
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    6 dni ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    7 dni ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    2 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
  • I have the best boyfriend who made me a dairyhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli I have the best boyfriend who made me a dairy free omelette for breakfast #breakfast #omelette #omelet #homemade #lovelyfood #instagood
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38828
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

norwegia

dżungla i walka o przetrwanie

Jest bardzo dużo rzeczy, które chciałabym na tym blogu napisać, ale nie mogę. Nie, bo moja Babcia mieszka ze mną i kontaktuje się z różnymi osobami w Polsce i cholera wie, czy zaglądają tu ich dzieci i mówią im, co ja piszę. A historia mojego życia zrobiła się w ostatnich latach krótko mówiąc dość kontrowersyjna. Chociaż w sumie nie wiem, czemu kontrowersje budzi coś, co nikomu nie robi krzywdy. Kiedyś może o tym napiszę, zobaczymy.

Co do pracy, to zrobiło się w niej źle, gorzej, a potem już całkiem najgorzej. Okazało się, że szefowa obiecywała jedno, a robiła drugie.

W ogóle powiem Wam, że po latach pracy w różnych korporacjach, nawet tych małych, praca w gastronomii, to pod niektórymi względami jest dżungla i walka o przetrwanie. Kłótnie z szefem o wypłatę są właściwie normą. Trzeba sobie wyrobić cięty język i grubą skórę. Śmieszy mnie to, że dorośli ludzie nie potrafią korzystać z osiągnięć swoich społeczeństw i po prostu ustalić zasady, a potem według nich działać. Nie ma mowy. W gastronomii kto głośniej japę drze, temu to wychodzi na dobre.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Uparłam się, że znajdę sobie nową pracę w pobliskim miasteczku, do którego jedzie się 11 minut pociągiem. Weszłam na Tripadvisora, znalazłam listę restauracji w tym miasteczku i jazda. Napisałam jeszcze aplikację, czy cover letter, w którym kierowałam się wiedzą na temat tego, jakie są w branży problemy. List motywacyjny do restauracji, to trochę inna bajka, niż to, z czym miałam do czynienia w życiu do tej pory. Przez długi czas nie potrafiłam się trochę znaleźć w tym restauracyjnym świecie. Aplikacje pisałam takim górnolotnym językiem, że większość właścicieli restauracji chyba w ogóle nie rozumiała, co tam było napisane. Moje CV chyba też odstraszało terminologią HR i biznesową. Co ma w końcu training liaison do krojenia cebuli?

Tym razem byłam jednak mądrzejsza. Napisałam, że chcę pracować w kuchni, bo uwielbiam to i że mam doświadczenie w Norwegii. A do tego, że mam 33 lata, co znaczy, że przychodzę do pracy na czas, nie zapominam nastawić budzika i że odbieram telefon, jak się do mnie dzwoni. :) Śmieszne, ale zadziałało. Dostałam telefon i dzień próbny. To następna ciekawostka ze świata gastronomicznego w Norwegii, przynajmniej. Że generalnie nie ma za bardzo rozmowy kwalifikacyjnej. Szef wpuszcza Cię do kuchni z resztą załogi na parę godzin, a potem ich pyta, jak poszło. Czasem szef jest przy Tobie, ale to chyba tylko wtedy, kiedy gotowanie jest akurat jedną z jego ról w restauracji, czyli po prostu pracujecie tego dnia ramię w ramię.

I tak właśnie dostałam pracę, do której teraz chodzę. Od razu odżyłam, bo jednak kontakt z kuchnią i z jedzeniem mi pomaga na wszystko. A teraz mamy tydzień jakichś specjalnych ofert, w związku z czym jestem zajęta wyrabianiem sobie grubego ‚odcisku szefa kuchni’ na dłoni od noża, bo kroję i kroję.
Jednak robić innym jedzenie, to jest najlepsze, co może być. Nie ma lepszej pracy na świecie.

nie była to tania stypa

W Norwegii jest takie chamskie, bezlitosne lato. Gorąco, aż można się usmażyć, a tę porę roku bym w ogóle najchętniej jakoś skasowała z mojego życia.

Mam nową pracę, a właściwie trzy. Firma jedna, ale ma trzy restauracje, z czego dwie w punktach widokowych na okalających Drammen wzgórzach. Ja pracuję głownie w tej trzeciej, w mieście, ale w każdym tygodniu pracuję też przynajmniej jeden dzień w jednej z restauracji na wzgórzach. Widoki są tam przepiękne, o takie jak tu:

 

widok ze wzgórza w Drammen

 

 

 

 

 

Ale po napatrzeniu się na widoki trzeba się brać za robotę, której jest niemało, co mi bardzo zresztą odpowiada. Kocham kuchnię, więc praktycznie wszystko, co robię w moich „pracach” sprawia mi ogromną przyjemność.
Przy okazji dowiaduję się więcej na temat Norwegów i ich zwyczajów. Obsługujemy różnego rodzaju imprezy i tak na przykład na stypie podawaliśmy dwa rodzaje kanapek: jedne z krewetkami i majonezem, a drugie z takim gorącym kotletem nazywanym tutaj „karbonade” i zeszkloną cebulą na tym kotlecie. I wcale nie była to tania stypa, bo za sam fakt tej lokalizacji ludzie są skłonni trochę zapłacić…

W ogóle Norwedzy kochają te kotlety „karbonade” prawie na równi z parówkami winerkami, których tu zatrzęsienie w każdym sklepie i, o zgrozo, również na każdym grillu.

A w jednej z kawiarni sprzedajemy też takie kanapki na zimno. Przychodzi do niej wielu starszych ludzi i czasami nie nadążysz robić im tych kanapek z serem Brie, choćbyś nie wiem jak szybko je robił. Takie pól bagietki z serkiem Brie i jednym listkiem sałaty kosztuje 40 koron, czyli około 20 zł. Ale emeryci walą drzwiami i oknami, więc najwyraźniej norweska emerytura jak najbardziej pozwala na takie wybryki. Może uda mi się utrzymać tyłek w jednym miejscu zamiast znowu przeprowadzać się do innego kraju, to też będę taką miała…

 

 

 

szynki, ser, dżemy, warzywa

Egzaminu niestety nie zdałam, ale spróbuje znowu. Załatwił mnie niestety prawny norweski. Ale ok, następnym razem pójdzie lepiej, i tak było dość blisko.

A z innych wiadomości, ciekawych lub nie, to moja ukochana Babcia zaliczyła krótki pobyt w norweskim szpitalu. Wiele rzeczy nas w norweskim szpitalu pozytywnie zaskoczyło, w porównaniu z dobrze Babci znanym szpitalem polskim. Przede wszystkim, chyba największe wrażenie na Babci zrobiło to, że personel miał dużo czasu. Pielęgniarek było tyle, że każda z nich miała czas zatroszczyć się naprawdę szczegółowo o każdego pacjenta. Ekipa sprzątająca powoli, ale dokładnie i po cichu sprzątała codziennie każdy zakamarek, a obchód na oddziale trwał dwie godziny.

A do tego pierwszego dnia, po nocy spędzonej częściowo na izbie przyjęć, kiedy poszłam Babcię odwiedzić nad ranem, to Babcia już była po śniadaniu, o którym natychmiast musiała mi opowiedzieć. Powiedziała, że do wyboru był cały bufet, do którego zaprowadziła ją pielęgniarka. Było ileś rodzajów szynki, sera, dżemy, warzywa pokrojone w plasterki, ileś soków, napojów itd. I można było jeść ile się chciało! To chyba na niej zrobiło największe wrażenie.

zeżarcie kilograma chałwy ze sklepu z pamiątkami

Śniło mi się, że byłam na statku wycieczkowym i po obudzeniu się na nim drugiego dnia okazało się, że zostałam oskarżona o zeżarcie kilograma chałwy ze sklepu z pamiątkami. Chałwa ta była w formie dużego bloku i ku mojemu zaskoczeniu przypomniałam sobie nagle, jak wyjadałam ją rękami, całymi garściami. Muszę przyznać, że za chałwą nawet nie przepadam, więc tym bardziej wydawało mi się to dziwne. Nie miałam czasu się nad tym jednak zbyt długo zastanawiać, bo sprzedawczyni z tego sklepu z pamiątkami na statku krzyczała na mnie, że muszę teraz zapłacić za to obżarstwo i że to nie będzie tanio, bo to była chałwa z orzechami nerkowca!

Skąd się takie pierdoły biorą w głowie?

 

A w świecie rzeczywistym mam jutro rano egzamin z prawa sprzedaży i podawania alkoholu w Norwegii. Przepisy trochę bardziej skomplikowane, niż w Polsce, ze względu na różne ograniczenia czasowe, wiekowe (w zależności od ilości procentów może być to 18 lub 20 lat), i wiele innych. Wiec czas spać!

ta sól oczarowująca kubeczki smakowe

Miało być parę słów o tym, co dobrego jedzą ci Norwegowie, więc spróbuję.

1. Do mięs obowiązkowo sos.

Większość Norwegów, których spotkałam nie znosi mięs bez sosu. Oczekują tego sosu, jako części posiłku, no bez tego się nie da. No i robią je przepyszne. Na maśle, na kwaśnej śmietanie, na winie. Czasami z dodatkiem zielonego pieprzu, czasami grzybowy sos z kurkami lub ze skórką cytrynową do ryb. Muszę przyznać, że jest to takie pyszne i tak można się do tego przyzwyczaić, że już sama też wyciągam jednak ten drugi, czy trzeci garnek i robię sos do obiadu.

2. Renifer.

Przykro mi, jeśli kogoś zasmucę. Norwegowie jedzą renifery. Mnie to smuci w sumie tak samo, jak jedzenie świni, czy kury. Wolałabym, żebyśmy wszyscy byli wegetarianami, a wegetariańska dieta nie wymagała żadnych specjalnych wysiłków. Tak jednak nie jest. Więc w Norwegii je się renifera. Mięso to jest przepyszne, naprawdę.

3. Czekolada z solą.

Dla mnie to jest hit. Czekolada z kawałkami ciasteczek, czy wafelków i małymi kryształkami soli. Naprawdę cudowność. Czekolada sama w sobie jest tutaj, moim zdaniem, na wysokim poziomie, a do tego nagle ta sól oczarowująca kubeczki smakowe. Pycha.

4. Kaviar.

Chodzi o taką pastę kawiorową w tubce. Jest jej tu wiele rodzajów. Niektóre mają taki bardziej wędzony smak, a niektóre łagodniejszy. Są takie, które mają więcej majonezu, a są takie, które szczycą się wysoką zawartością kawioru. Smakują cudownie na chlebie, z sałatą i serem.

5. Chleb.

Oczywiście nie ma to, jak polski chleb, to po pierwsze. Taki z piekarni, jak z dawnych lat. Albo robiony w domu, nawet w maszynie do chleba. Ale po wielu latach w Irlandii, gdzie o chlebie praktycznie nie było w ogóle mowy, jestem niesamowicie wdzięczna Norwegii za chleb. Jest naprawdę niezły, nawet moja Babcia nauczyła się go jeść. Jest praktycznie zawsze z domieszką pełnych ziaren, czasami aż 100%, a przecież ten błonnik jest bardzo zdrowy. Istnieje tez tutaj biały chleb, taka bułka paryska, ale nazywa sie w ogóle nie chleb, czyli brød, ale loff. Także tego białactwa nikt nie traktuje jako chleb, tylko jako coś wyjątkowego. No i słusznie.

6. Dżem.

Wiem, wiem, co może być ciekawego w dżemie?

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, ale dżemy są tutaj takie pyszne, że mam kilku znajomych w Polsce, którym muszę wozić norweski dżem, bo tak go uwielbiają. Nie wiem, czy sekret jest w dobrej jakości owocach, czy w odpowiedniej ilości cukru. No, ale truskawkowy jest naprawdę najlepszym dżemem, jaki w życiu jadłam. I mogę iść i go kupić, od tak!

Więcej mi narazie nie przychodzi do głowy. Ale na pewno nieraz coś wspomnę, bo dobre jest to norweskie jedzenie. I ten łosoś wszędzie. Mniam.