Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • When your Sunday chicken gets a bit burnt on tophellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli When your Sunday chicken gets a bit burnt on top but you don't care because you know it's going to be delicious #chicken #chickenroast #yummy #homemade
  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    2 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    7 dni ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    6 dni ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • I have the best boyfriend who made me a dairyhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli I have the best boyfriend who made me a dairy free omelette for breakfast #breakfast #omelette #omelet #homemade #lovelyfood #instagood
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38828
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

muffinki

Ani po norwesku, ani po angielsku, ani po polsku!

W tym roku postanowilam naprawde obchodzic urodziny. To w koncu moje 32. Trzydzieste byly dwa miesiace po smierci mojej mamy i w ramach swietowania siedzialam z L. w restauracji smutna. Bylo to tutaj, w Drammen. Swiecilo slonce, upal jak szalony i nic mi nie smakowalo. Nie mozna sie cieszyc urodzinami dwa miesiace po smierci mamy. Nie mozna i tyle.

Potem w moje trzydzieste pierwsze urodziny byl slub brata L. Znow nieznosny upal, a tradycyjne, norweskie wesele, to ciagnacy sie godzinami obiad z wieloma przemowieniami. Sytuacji nie poprawialo to, ze zepsula sie klimatyzacja i siedzielismy w sto osob w dusznej sali, w ktorej temperatura dochodzila do miliona stopni, ani to, ze ja nie rozumialam ani slowa z tych przemowien. Naprawde dobrze, ze bralam wtedy antydepresanty, bo na trzezwo tych osmiu godzin powolnego gotowania sie zywcem wsrod niczym niezmaconej nudy chyba nie daloby sie przezyc.

Za to trzydzieste drugie urodziny zostaly zmuszone do nadrobienia za ostatnie dwa lata. Zaczelam od tego, ze zaproszenia rozsylalam (internetowo) juz od lutego (na lipiec). Zrobilam piknik w parku, wsrod pieknej zieleni oraz pogody, ktora tym razem byla wzorowa. W moim slowniku piekna pogoda, to na pewno nie upal. W tym roku bylo wrecz bosko, 22, moze 23 stopnie, slonecznie i lekki wietrzyk. Mozna bylo robic piknik jak z filmow kostiumowych. Zjawilo sie duzo takich bardzo fajnych osob, ktore tu w Norwegii sa dla mnie duzym wsparciem. Byli to w duzej wiekszosci Norwegowie. Dostalam cale siaty roznych kuchennych gadzetow, ktore oczywiscie sprawia mi kupe radosci. Juz niektore testuje. Wszyscy wcinalismy kielbaski z grilla,  a ja przynioslam 91 muffinek. Mialo byc sto, ale nie chcialo mi sie juz w ostatniej chwili robic tych ostatnich 9, wiec 91 tez starczylo, a wrecz bylo ich za duzo.

Nie udekorowalam wszystkich, ale kilkanascie takich cudeniek bylo.

Tak powinno byc w kazde urodziny. Zeby mozna bylo nakarmic przyjaciol swoimi wypiekami.

 

Jak tylko skonczyla sie urodzinowa niedziela, ja wzielam sie za nauke norweskiego.

Dwie dziewczyny i ja mamy teraz taki uklad z naszym nauczycielem, ktory teoretycznie ma wolne, ze ten kochany czlowiek spotyka sie z nami raz w tygodniu na godzine, pod warunkiem, ze same w domu przerobimy caly rozdzial. Tak wiec w poniedzialek i we wtorek przekonalam sie, ile to jest roboty. Siedzialam nad tym lacznie pietnascie godzin, aby dzisiaj (w srode) moc uczestniczyc w spotkaniu. Spotkanie tez mnie wymeczylo, bo to nastepna godzina pracy nad jezykiem, a potem jeszcze nasz ukochany nauczyciel sie rozgadal i opowiadal nam troche historie swojego ciekawego zycia. O tym, jak mieszkal na samej polnocy Norwegii i co tam robil. Bylo to naprawde pochlaniajace, ale oczywiscie po norwesku.

Tak wiec teraz jestem warzywem. Ani po norwesku, ani po angielsku, ani po polsku nie potrafie juz dobrze myslec. Ale nie narzekam oczywiscie. To wspaniale, ze moge sie uczyc, naprawde doceniam to.

 

A jako trzeci nius, to z Polski przywiezlismy Babci wozek inwalidzki, dzieki ktoremu wreszcie moge Babcie zabierac na wycieczki po pieknych spacerowych sciezkach naszego miasteczka. Babcia jest po prostu zachwycona. Dzisiaj nad rzeka tak sie cieszyla, ze sie rozplakala. A potem dolaczyl do nas wracajacy z wyprawy w tutejsze wzgorza L. i oczywiscie zaczely sie wyglupy w stylu udawania, ze wjedzie wozkiem do wody, w krzaki itd. Babci jakos te jego psoty nigdy sie nie nudza, wiec smiala sie na calego. Ona go wprost uwielbia.

 

sloik oliwek

Nie mam juz samochodu. Tak to zaplanowalam i w sumie nie powinno mnie to dziwic, ale jednak teraz, kiedy samochodu nagle nie ma, jest tak jakos dziwnie. Chyba to jeszcze do mnie nie dotarlo. W dzien oddania samochodu na zlom, przyjechal rudo-lysy, niski pan takim pojazdem do odholowywania samochodow i od razu sie zabral do roboty, podczepiania, zaczepiania itd. Dal mi w miedzyczasie jakies papiery do wypelniania, miedzy innymi adres tam mialam wpisac. Pomylilam sie chyba ze dwa razy w adresie, bo jakze ja mam wypelniac, kiedy on normalnie zabiera moj samochod? I to bez zadnego pozegnania, spiewow, rzucania kwiatow, ani nic!
Na pozegnanie jeszcze poklepalam samochod w szybe pasazera majac nadzieje, ze rudo-lysy tego nie zauwazy. Niestety zauwazyl i przyszedl mi powiedziec, zebym sie nie przejmowala, kupie sobie nowy, a mi polecialy lzy. Pewnie, ze sobie kupie, ale ten samochod mialam piec lat, kupilam go sobie na 24. urodziny i jakos zawsze byl dla mnie takim symbolem mojej niezaleznosci. No, teraz mam rower, jako symbol proby zdrowego trybu zycia. L. zawsze ma samochod, gdybym go potrzebowala i czesto mnie namawia, zebym sie nim przejechala, ale nie ma to jak swoj wierny… E tam zreszta, taki wierny znowu nie byl, ciagle go naprawialam. Akumulator dwa razy, chlodnica raz, pasek rozrzadu raz, sprzeglo raz, hamulce ze trzy razy, klamka w drzwiach odpadla trzy razy (dwa razy klamka kierowcy i raz przedniego pasazera), zamek centralny nigdy nie dzialal, kierunkowskazy tylko dzialaly jesli sie odpowiednio zrobilo wajcha a swiatla w srodku samochodu, to na suficie itd, tylko dzialaly jesli sie mialo otwarte drzwi oraz kierunkowskaz wlaczony jednoczesnie, z tym ze te swiatla wtedy migaly zale razem z kierunkowskazami w tym samym rytmie. Takze sami widzicie, to ulga sie pozbyc tego grata, a jednak sentyment za serce chwyta…
Poza tym szef rzeczywiscie sie troszke przejal moja sytuacja i dal mi pomocnika narazie na miesiac a w dodatku zmniejszym moja druzyne z trzydziestu paru do dwudziestu jeden, wiec to automatycznie mniej pracy. Mysle, ze jakos dam rade narazie.
Z wiadomosci domowych, to upieklam ostatnio muffinki cytrynowe z makiem i byly przepyszne. Bardzo mnie to ucieszylo, bo mam woreczek maku w domu, a nie lubie, jak sie cos marnuj, wiec teraz bede zuzywac na te muffinki. W ogole, na youtubie widze, ze jest troche dziewczyn, ktore robia taz zwany „projekt denko”. U nich to polega na tym, ze w filmiku pokazuja, ktore kosmetyki udalo im sie zuzyc do samego konca, tak wiec sie nie zmarnowaly. Kosmetyki, to ja mam w dupie (tzn. nie doslownie), ale sam projekt denko mi sie spodobal i zainspirowal mnie do przejrzenia w szufladach jakie tam skladniki spozywcze sie walaja i czekaja na swoje piec minut. I tak wlasnie odkrylam, ze mam cztery sloiki miodu, w zwiazku z tym jedlismy wtedy wieprzowine z jablkami i miodem i kurczaka w marynacie miodowej. Znalazlam tez wlasnie ten mak,stad te muffinki. Mam jeszcze sloik oliwek, ktorych nie lubimy oboje, tak wiec wymyslilam, ze upieke z nimi chleb (bo w chlebie nam o dziwo nie przeszkadzaja). Takze projekt denko na calego, dam Wam znac, jak pierwsze z moich znalezisk „zadenkuje”.

Nie mam juz samochodu.

Tak to zaplanowalam i w sumie nie powinno mnie to dziwic, ale jednak teraz, kiedy samochodu nagle nie ma, jest tak jakos dziwnie. Chyba to jeszcze do mnie nie dotarlo. W dzien oddania samochodu na zlom, przyjechal rudo-lysy, niski pan takim pojazdem do odholowywania samochodow i od razu sie zabral do roboty, podczepiania, zaczepiania itd. Dal mi w miedzyczasie jakies papiery do wypelniania, miedzy innymi adres tam mialam wpisac. Pomylilam sie chyba ze dwa razy w adresie, bo jakze ja mam wypelniac, kiedy on normalnie zabiera moj samochod? I to bez zadnego pozegnania, spiewow, rzucania kwiatow, ani nic!

Na pozegnanie jeszcze poklepalam samochod w szybe pasazera majac nadzieje, ze rudo-lysy tego nie zauwazy. Niestety zauwazyl i przyszedl mi powiedziec, zebym sie nie przejmowala, kupie sobie nowy, a mi polecialy lzy. Pewnie, ze sobie kupie, ale ten samochod mialam piec lat, kupilam go sobie na 24. urodziny i jakos zawsze byl dla mnie takim symbolem mojej niezaleznosci.

No, teraz mam rower, jako symbol proby zdrowego trybu zycia. L. zawsze ma samochod, gdybym go potrzebowala i czesto mnie namawia, zebym sie nim przejechala, ale nie ma to jak swoj wierny…

E tam zreszta, taki wierny znowu nie byl, ciagle go naprawialam. Akumulator dwa razy, chlodnica raz, pasek rozrzadu raz, sprzeglo raz, hamulce ze trzy razy, klamka w drzwiach odpadla trzy razy (dwa razy klamka kierowcy i raz przedniego pasazera), zamek centralny nigdy nie dzialal, kierunkowskazy tylko dzialaly jesli sie odpowiednio zrobilo wajcha a swiatla w srodku samochodu, to na suficie itd, tylko dzialaly jesli sie mialo otwarte drzwi oraz kierunkowskaz wlaczony jednoczesnie, z tym ze te swiatla wtedy migaly zale razem z kierunkowskazami w tym samym rytmie. Takze sami widzicie, to ulga sie pozbyc tego grata, a jednak sentyment za serce chwyta…

 

Poza tym szef rzeczywiscie sie troszke przejal moja sytuacja i dal mi pomocnika narazie na miesiac a w dodatku zmniejszyl moja druzyne z trzydziestu paru do dwudziestu jeden, wiec to automatycznie mniej pracy. Mysle, ze jakos dam rade narazie.

 

Z wiadomosci domowych, to upieklam ostatnio muffinki cytrynowe z makiem i byly przepyszne. Bardzo mnie to ucieszylo, bo mam woreczek maku w domu, a nie lubie, jak sie cos marnuje, wiec teraz bede zuzywac na te muffinki. W ogole, na youtubie widze, ze jest troche dziewczyn, ktore robia taz zwany „projekt denko”. U nich to polega na tym, ze w filmiku pokazuja, ktore kosmetyki udalo im sie zuzyc do samego konca, tak wiec sie nie zmarnowaly. Kosmetyki, to ja mam w dupie (tzn. nie doslownie), ale sam projekt denko mi sie spodobal i zainspirowal mnie do przejrzenia w szufladach jakie tam skladniki spozywcze sie walaja i czekaja na swoje piec minut. I tak wlasnie odkrylam, ze mam cztery sloiki miodu, w zwiazku z tym jedlismy wtedy wieprzowine z jablkami i miodem i kurczaka w marynacie miodowej. Znalazlam tez wlasnie ten mak, stad pomysl na muffinki. Mam jeszcze sloik oliwek, ktorych nie lubimy oboje, tak wiec wymyslilam, ze upieke z nimi chleb (bo w chlebie nam o dziwo nie przeszkadzaja). Takze projekt denko na calego, dam Wam znac, jak pierwsze z moich znalezisk „zadenkuje”.

uroslo nam

Ksiazki juz maja polke!

 

Obiecalam powiedziec co bylo na urodziny, wiec od razu mowie. Byla zbieranina roznych moich i L. ulubionych dan. Niekoniecznie wszystko do siebie pasowalo, ale bylo takie pyszne, ze cos niesamowitego!

Zrobilismy z L. cudowna wlasnej roboty pizze. Zagadalismy sie z pierwszymi goscmi i w miedzyczasie uroslo nam pyszne, grube ciasto. Na pizzy byly brokuly, parmezan, ser wedzony z Polski, mozarella, brie, szynka, papryka i oczywiscie pod tymi wszystkimi skladnikami byl sos pomidorowy, ktory tym razem zrobilam niezbyt ostry. Uznalam, ze chociaz ja lubie plakac przy jedzeniu, nie kazdy to lubi, wiec bede mila i nie sypne chilli. I rzeczywiscie, wszystkim smakowalo.

Do tego zrobilam koreczki. Strasznie mi sie jakos zachcialo zrobic ten przysmak z lat osiemdziesiatych. Mialam na nich rozne sery, szynke, oliwki i miedzy innymi mlode ziemniaczki ugotowane i ‚wytarzane’ w masle i koperku. Upieklam chleb.

Byla tez polska salatka, mojego L. ulubione jedzenie chyba, kielbaski z grilla (ktorego robilismy na balkonie na piatym pietrze) i muffinki z malinami.

 

No i tyle. Jakos nie mam specjalnych przemyslen zwiazanych z faktem, ze robie sie coraz starsza. Jest mi dobrze i niech tak pozostanie.

postanowilam wstac

Prosze Panstwa, zycie jest ciezkie, ale nie za bardzo, bo juz za szesc dni jade na urlop.
Dzisiaj wolna niedziela, ktora oczywiscie spedzam z L., no bo jakze by inaczej.
Troche nam dzisiaj zajelo generalne wstanie z lozka, bo jesli nawet nie zajmowalismy sie tym, co zakochani lubia najbardziej, to spalismy. W tym wszystkim przysnilo mi sie, ze okazalo sie, ze moim chlopakiem jest Kurt Vonnegut i bardzo mnie to we snie ucieszylo. I odwrocilam sie w lozku powiedziec Kurtowi, ze to wspaniale, ze jestesmy razem, bo ja przeczytalam wszystkie jego ksiazki. No, ale wtedy, to sie juz obudzilam i sie okazalo, ze jednak to L., a nie Vonnegut. Jednak nie bylo to rozczarowanie, poniewaz o ile kocham intelekt Vonneguta, to gdyby zyl, mialby teraz prawie 90 lat, wiec nie wiem, czy dotrzymalby mi kroku w tych porannych przyjemnosciach…
Drugi sen byl o mojej ukochanej Moni z Francji, z ktora poszlysmy do niej na studia (?), na ktorych mialysmy sie uczyc pieciu jezykow w tym samym czasie i troche to nie wychodzilo, wiec mialysmy klopoty u wykladowcy…
O trzeciej po poludniu sie jednak zbuntowalam i postanowilam wstac. Zaczelam cos grzebac w kuchni, zadzwonila mama powiedziec mi, ze zmienilam kolory na blogu (dzieki, mamo za trzymanie reki na pulsie) i zaraz powyciagalam najrozniejsze skladniki i zrobilam pizze. Tym razem w lodowce dopisalo i pizza byla z mozarella, parmezanem, pieczarkami, szynka, swiezym rozmarynem i cebula. Oczywiscie musialam dodac cala diabelska piri-piri, wiec troche pozniej plakalismy nad pizza, ale ja to przeciez lubie. Teraz L. mnie upija winem, ktore przyniosl, bo tym razem wzial ze soba prawko, wiec jak go zapytali w sklepie ile ma lat, to mogl udowodnic. 
Teraz juz tylko musze troche wstawiona sie postarac zrobic muffinki, ktore obiecalam mojemu seksownemu L. i juz bedzie koniec niedzieli.
Pozdrawiam Was!

wiele zakretow

Mialam cudowny weekend. Zaczelo sie w piatek o osmej rano, kiedy nie dosyc, ze cudem zdazylam na przeglad samochodu, to samochod ten przeglad przeszedl. Juz w myslach obliczalam kase na naprawy, a tu niespodzianka, dostalam dysk do przyklejenia na szybie i swiety spokoj na nastepne dwa lata.
Potem byla w piatek praca, a po niej wpadl do mnie moj przyjaciel Rafael i moj ukochany L. Zaraz upieklam muffinki z jagodami, ktore zezarlismy jeszcze tego samego wieczora. Wiekszosc zjadl Rafael, ktory nie mial weglowodanow w ustach juz z rok, ale nie mogl sie powstrzymac, kiedy zaczelo pachniec w calym domu.
Sobota – L. i ja wyruszylismy na wycieczke. L. przejechal prawie cala trase, wiec chociaz raz wreszcie zobaczylam ta piekna droge do Killarney. Troche zaplacilam za to wielokrotnymi atakami serca, bo bycie pasazerem we wlasnym samochodzie nie jest takie proste w koncu. Szczegolnie, kiedy kierowca po lewej stronie drogi jedzie trzeci raz. Straszne sytuacje byly raczej  bardziej w mojej glowie, niz na drodze, ale nie ma to jak byc przerazonym na zapas.
W Killarney zatrzymalismy sie na lunch, ktory zjedlismy siedzac na trawie przed zamkiem – moje ulubione miejsce na piknik. Z Killarney do Kenmare, to juz ja jechalam, bo nie dalabym chyba nerwowo rady byc pasazerka. Na pocieszenie L. mi potem powiedzial, ze nawet jemu sie zrobilo niedobrze od jezdzenia po tych zakretach. 
Po dojechaniu na miejsce, mila i troche dziwaczna pani w tym samym B&B, w ktorym bylam z Axelle, oznajmila, ze ona specjalnie dla nas trzymala caly dzien najlepszy pokoj. Zaprowadzila nas tam i rzeczywiscie okno na cala sciane i pierwsze wrazenie piorunujace. Drugie wrazenie juz troche sie czulismy jak na wystawie i zaciagnelismy zaslony. Tego dnia jeszcze byla w planie wloska restauracja, w kazdej irlandzkiej wiosce taka znajde przeciez. Po nazarciu sie i spacerze juz nie mielismy sily isc na zaplanowane chlanie i padlismy na lozko jak trupy. Wydawalo nam sie, ze od razu zasniemy, ale pasace sie doslownie wszedzie barany tak glosno beczaly, ze wcale nie bylo to takie latwe. Baa baa i baa. Jak widac ponizej, na droge tez wlazily jak im sie chcialo.
W niedziele czekalo nas jeszcze wiele, wiele zakretow, ktorych wiekszosc znowu pokonal L., a ja sobie siedzialam jak krolowa i robilam zdjecia. Ale mi bylo dobrze… 
Znalezlismy tez dziwny, stary most. Na poczatku nawet nie zauwazylam go, tylko szlam dalej szukajac tego mostu, o ktorym uprzedzal znak…
Ale potem oczywiscie sie na niego wdrapalam.
A na deser nasze pocieszne geby: