Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • My Autumn obsession Autumn loyd loydtea plumandcinnamon
    1 dzień ago by tattoomybroccoli My Autumn obsession. #Autumn #loyd #loydtea #plumandcinnamon
  • Good to have some jelly jello freiagele jelly yummy raspberries
    3 dni ago by tattoomybroccoli Good to have some jelly. #jello #freiagele #jelly #yummy #raspberries
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    5 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
Kwiecień 2011
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38840
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2011

w zime sweter, a w lato… sweter.

Urlop sie kiedys musial skonczyc!
Wrocilam do siebie, od razu pierwszego dnia zdalam sobie sprawe z tego, jak lubie tu mieszkac, pomimo wszelkich zlych cech tego kraju. Troche jest przeciez tak, ze tutaj przeszlam wiele przemian i tutaj sie nauczylam o co chodzi w pracy i czego ja chce od pracy, tak wiec, kiedy jade teraz do Polski, to szczegolnie te tematy wydaja mi sie bardzo obce. Nie jestem przeciez emigrantem, ktory pojechal zarobic na wymiane dachu i na kafelki, tylko takim, ktory przyjechal tu zyc i sie rozwijac i to wlasnie robie.
A wracajac do Polski, to jest tam pieknie, pomimo tego, ze pogoda byla straszna i probowala mnie swoja wulgarnoscia zabic. Pamietam, kiedy bylam mala i na geografii w szkole zrozumialam, ze mieszkamy w klimacie umiarkowanym i ze poza tym, ze w lato sie mozna usmazyc, a w zime zamarnac, to generalnie jest to klimat lagodny. No trudno, jakos postanowilam wtedy z tym zyc. :D Dopiero w pierwszym roku w Irlandii zrozumialam, jak lagodny moze byc klimat. W zime sweter, a w lato… sweter. :D Nie ma burz, huraganow, sniegu (z reguly), prawie wcale mrozu. Ja w zeszlym roku pojechalam do Polski w sierpniu, a tam burza za burza i pioruny takie, ze w nocy bylo calkiem jasno, to sie tak balam, ze nie moglam wcale spac. No, ale planuje jeszcze sie kiedys przeprowadzic daleko na polnoc, wiec narazie musze korzystac i cieszyc sie lagodnym klimatem, w ktorym mieszkam. 
W Polsce spotkalam sie z milionem osob, z kazda bylo zajebiscie pogadac i w ogole sie swietnie bawilam.
Od kiedy jestem w domu, to zdazylismy cieszyc sie dwiema slonecznymi niedzielami, podczas ktorych oboje L. i ja mielismy wolne, co wcale nie zdarza sie niestety caly czas. Pierwszej niedzieli powloczylismy sie troszke po miasteczku i zjedlismy pyszny lunch u Luigiego, u ktorego przy okazji L. zaopatrzyl nas w duzy kawalek pancetty na carbonare i tym podobne przysmaki. 
My dwoje u Luigiego:
Restauracja Luigiego:
Youghal w swojej kolorowej krasie:
W nastepna niedziele, czyli przedwczoraj pojechalismy na wycieczke, z ktorej szybko zrobila sie po prostu wyprawa na szesc godzin jazdy. Ale to tez bylo super, szczegolnie, ze L. chcial caly czas prowadzic, wiec siedzialam sobie, jak krolowa w samochodzie i dawalam sie wiezc przez piekny kraj.
Odwiedzilismy doline Lee, jedno z moich ulubionych miejsc, gdzie zalano caly las i drzewa wciaz wystaja z wody, mimo, ze to bylo 50 lat temu.
Wlaczylam nam Franka Sinatre i bylo bardzo romantycznie. Dojechalismy az w gory w Kerry i zjedlismy przepyszny obiad w Killarney. 
Nie wiem, co mi odbilo, ale zrobilam zdjecia wszystkich trzech dan, jedzenie bylo pyszne.
Przystawka:
Glowne, czyli losos. Byly jeszcze ziemniaki w mundurkach i brokuly podane osobno, ale nie umialam byc na tyle bezczelna, zeby robic zdjecia wszystkiemu. :D
I na deser truskawki ze smietana i galaretka, czyli strawberry trifle. Mniam mniam, szczegolnie, ze ostatnio najchetniej znowu bym jadla tylko truskawki. :D
Trafilismy tez na niesamowite skupisko anten satelitarnych na jednym budynku:
A na aptece brakowalo ‚A’.
Tam tez poszlismy do jakiegos sklepu z ciuchami, w ktorym L. wymyslal, co mam sobie kupic i w czym bym dobrze wygladala (jego zdaniem praktycznie we wszystkim bym wygladala super) i smialismy sie przy tym duzo. Skonczylo sie na tym, ze kupilam sobie dwie poduszki do sypialni (takie ozdobne) i bluzke do spania z postaciami z Flinstones. Bardzo seksi :). 
No i wogole, to zaraz sie zabieram za robienie bigosu na jutro, a wczoraj w nocy zrobilam chleb, ale recznie, bo moja maszyna do chleba chyba sie zepsula. Ach, no nic, kupie sobie nowa.