Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • When your Sunday chicken gets a bit burnt on tophellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli When your Sunday chicken gets a bit burnt on top but you don't care because you know it's going to be delicious #chicken #chickenroast #yummy #homemade
  • I have the best boyfriend who made me a dairyhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli I have the best boyfriend who made me a dairy free omelette for breakfast #breakfast #omelette #omelet #homemade #lovelyfood #instagood
  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    2 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    7 dni ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    6 dni ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
Grudzień 2010
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38828
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2010

zrolowac w ciescie

Ostatnie dni byly dla mnie (jakzeby inaczej) festiwalem gotowania. Zaczelo sie od tego, ze chyba 17tego L. wrocil wreszcie z Norwegii. Tak sie cieszylam, ze go zobacze, a byl to dzien, kiedy pracowalam tylko do czwartej po poludniu, ze myslalam, ze oszaleje juz w tym domu czekajac, az on wsiadzie rano w samochod na swoim norweskim przedmiesciu, potem w samolot, potem w pociag w Dublinie, a potem jeszcze raz w autobus, zeby przyjechac do mnie. Z tej calej energii oczywiscie bylo tanczenie po calym mieszkaniu i zawzielam sie na taki jeden rog przy wannie, miedzy kafelkami i szorowalam tam, jak nienormalna. Pomyslalam, ze skoro mnie tak roznosi, to chociaz sobie posprzatam. Z tego wszystkiego wyczyscilam wszystkie fugi w calej lazience, ale poniewaz lazienka mala, to potem znow zabraklo mi zajecia. Pognalam wiec do kuchni i ugotowalam, ale juz w sumie nie pamietam, co, ale za to na deser upieklam placek bananowy, ktory potem serwowalam z lodami czekoladowymi, mniam.
I wreszcie przyjechal i moglam mu sie rzucic na szyje i w ogole, chociaz jak zwykle przesladuje mnie w takich sytuacjach poczucie dystansu i nie umiem sie po prostu przerzucic z powrotem na bycie z kims po prostu tak na luzie i blisko, jak zwykle. Na szczescie L. ma ten sam problem, wiec oboje sie raz sciskalismy i obejmowalismy, a raz patrzelismy na siebie troche jak na obcych ludzi i rozmawialismy o pogodzie. Ja tak mam chyba od zawsze, nawet po paru godzinach niewidzenia potrafie sie tak czuc, a L. jest pierwszym moim facetem, ktory ma zupelnie tak samo.
Nakarmilam go wiec, a sama bylam tym wszystkim tak podekscytowana, ze nie moglam w ogole jesc, nawet tego placka z lodami, chociaz byl pyszny.
W nastepnych dniach byl przeciezki zapieprz w pracy, co zreszta dostarczalo nam wybuchow smiechu wsrod zalogi, bo kazdy ze zmeczenia robil cos glupiego. Hitem byl jeden z pracownikow, ktory zadzwonil do sklepu 23. grudnia, w statystycznie najwiecej zarabiajacy i obslugujacy najwiecej klientow dzien w calym roku i oznajmil slabym glosikiem, ze nie przyjdzie do pracy.
ja – Dlaczego?
on – Bo nie moge oddychac, nie moge w ogole oddychac. Mysle, ze to przez to, ze jest tak zimno. (Mamy tu zime stulecia, wiec rozne rzeczy ludzie opowiadaja, ale najzimniej, to bylo chyba z minus 10, wiec ja nie jestem zbyt oszolomiona)
ja – Acha, to czyli przyniesiesz mi zwolnienie lekarskie?
on – Chyba nie bede szedl do lekarza, jest za zimno, chyba nie dam rady.
ja (z calkowitym spokojem i glupim usmieszkiem na twarzy) – No wiesz, jak nie mozesz oddychac, to powinines zadzwonic po pogotowie. Ja wezwe karetke na Twoj adres, jak chcesz.
on (pokaslujac) – Nie, nie, ja sobie jakos dam rade, ale musze miec to zwolnienie?
ja – Tak, tak musisz. Wiesz, o tej porze roku, to sa takie nagle swiateczne choroby, niektorzy tak troche sciemniaja, wiec chyba sam rozumiesz, ze ja nie moge na to pozwolic. To co, zastanow sie nad ta choroba, dobra? Zadzwon do mnie za dziesiec minut.
Tak, jak przewidywalam za dziesiec minut uslyszalam w sluchawce  juz prawie calkiem ‚wyleczony’ glos, ze jednak przyjdzie do pracy. Potem, kiedy przyszedl, to troche costam pokaslywal i chrumkal, ale chyba bardziej na pokaz, bo podobno, kiedy ja juz poszlam do domu, to glos calkiem wrocil do normy i dalszych trudnosci z oddychaniem nie stwierdzono! :D Jednak czasami dla tych ludzi trzeba byc nie tylko szefem, ale tez matka i ojcem i dac kopa na rozped, bo inaczej nie da rady.
Potem wreszcie byl 24. grudnia, czyli zrobilam sobie masochistyczna 10 godzinna sesje gotowania na cale swieta.
Wyprodukowalam pierogi z kapusta i grzybami. Dodalam troche za duzo oleju do ciasta, wiec zrobilo sie ultra sprezyste i jak rozwalkowywalam, to mnie szlag trafial, bo wracalo z powrotem do poprzedniej grubosci w ciagu kilku sekund. Ale przezwyciezylam to. 
Zrobilam tez salatke swiateczna z wszystkimi gotowanymi warzywami, jajkiem na twardo itd., makowiec, ktorego mi wyszlo troche duzo, wiec powstaly az trzy rolady. Robienie go tak mi sie spodobalo, ze juz bym chciala zrobic znowu, ale musze czekac, az otworza polski sklep, zeby kupic mak. Poza tym przystosowalam przepis na maszyne do chleba, wiec jedyne, co musialam zrobic rzeczywiscie to przygotowac mase makowa, zrolowac w ciescie i wstawic do piekarnika. Mowie Wam, maszyna do chleba, to jest najlepsza zabawka, jaka kiedykolwiek mialam, nawet Lego nie bylo takie fajne. Zrobilam tez potrawke z kurczaka w slodkich ziemniakach i brokulach, papryke nadziewana i pierniki imbirowe. Mielismy z L. jeszcze znajoma do pomocy przy jedzeniu tego w pierwsze swieto, ale mimo to jest tego wszystkiego dalej troche. Szczegolnie, ze L. przywiozl mi z Norwegii moja ulubiona paste kawiorowa, wiec podjadam ja w miedzyczasie. Na szczescie w Cork znowu, tak jak w zeszlym roku, podczas mrozu pekly jakies wazne rury i nie maja tam wody, wiec L. przyjezdza do mnie 60km sie wykapac i pomoc mi jesc swiateczne jedzenie.
Swieta byly wspaniale, Martini lalo sie strumieniami, dostalam miedzy innymi napowietrzacz do mleka i mam teraz w domu Starbucks za ulamek ceny, czyli pije z rana kubek z kawa na dnie, przykryta metrem szesciennym mlecznej piany, mniam mniam. :D
No i w ogole zaraz bedzie rok 2011, co jest troche oszalamiajace, bo nawet nie wiem, kiedy to sie stalo i przysieglabym, ze dopiero co byl sylwester. Czas szybko plynie, jak sie jest szczesliwym, czego i Wam zycze.
PS. A w ogole zrobie w linkach sekcje ze stronami, do ktorych chodze po przepisy, zeby nie bylo, ze cos ukrywam.

little bit

Juz sie uspokoilo, w sumie ze wszystkim.

Odpoczelam, jutro odwiedza mnie ukochana znajoma, ugotowalam sobie dobre jedzenie, a nawet pogoda sie troch epoprawila. I w dodatku jestem uzalezniona od tej piosenki:

Panorama w dwojce.

A wiec bylo tak:
Najpierw byla praca pisemna numer jeden do zrobienia do szkoly, to niestety bylo w parach, wiec duzo nerwow mnie kosztowal przyparowany do mnie koles, ktory przytakiwal na kazda sugestie, a potem i tak robil swoje. Potem byla praca z drugiego przedmiotu, to na szczescie sama, wiec walnelam, szybciutko pomiedzy ciezkim zapierdolem w pracy, praniem, gotowaniem i ewentualnie jakimis randkami z L. Nastepnie byl egzamin, na ktory nauczylam sie i uwazam, ze mi dobrze poszedl, chociaz jeszcze nie ma wynikow. Kilka dni pozniej zaczely sie jazdy z pogoda, czyli lod na drogach, a do tego oczywiscie kiedy, jak nie teraz, moj samochod postanowil miec akumulator na wykonczeniu i przed przekreceniem kluczyka dla wierzacych konieczna jest modlitwa, dla przesadnych trzymanie kciukow, a dla mnie nie wiem co zostaje. W kazdym razie najpierw sie dusi, a potem zapala. Ktoregos razu w koncu nie zapali, ale zapierdol w pracy taki, ze nie mam czasu na mechanika. Jak juz na drogach byl lod i na dworze minus piec, to byl egzamin numer dwa. Jakos przejechalam te swoje 60km do szkoly, troche mi sie ogrzewanie przy tym zepsulo, wiec marzlam. Wjechalam wreszcie juz do miasta, zeby utknac w najwiekszym korku, jaki widzialam od conajmniej dwoch lat. Stalam w nim i stalam, pora egzaminu sie zblizala i wtedy… zagotowala mi sie woda w chlodnicy. Tak. Jakims cudem i nie wiem jakim hartem ducha, zatrzymywalam sie co 500 metrow w srodku miasta, zeby to gowno troche ostyglo, zeby jechac dalej. Doprowadzalam tym innych kierowcow do furii, wiec bylo trabienie, pokazywanie przez szybe piesci itd. Rozwazalam tez porzucenie samochodu, ale do szkoly jest na maksa pod gorke po oblodzonych chodnikach, wiec postanowilam jednak jechac. Na egzamin wpadlam spozniona 5 minut, dostalam kartke, usiadlam, a tam same pytania o jakich wrecz marzylam. Wiec napisalam z tego wszystkiego szybko i pierwsza skonczylam.
Nastepnego dnia w pracy dalej jechalam na tej energii jeszcze z przygotowan do egzaminu, wiec gonilam tych moich jak nie wiem i sama tyle zrobilam, ze nie dawali rady pracowac rowno ze mna. Poszlam potem do domu, spac. I dzisiaj rano obudzilam sie tak strasznie zmeczona… Nie wiem w ogole jak dalam rade powlec sie do pracy, zreszta spozniona i w pracy tez najbardziej to mialam ochote usiasc na zapleczu, oprzec glowe o polki z plytami i zasnac. Zadne tam kawy i zielone herbaty nie mialy tu nic do powiedzenia. Kiedy wreszcie dane mi bylo powloczac nogami pojsc do domu, to usiadlam przed tym cholernym kompem i tak siedze od chyba pieciu godzin. I uwierzcie mi, nawet nie wiem, co robie. Wiec chyba ide spac, ani nie robie dzisiaj prania, ani nie zmywam statkow i w ogole wbijam w to wszystko. Trzymajcie kciuki, zebym sie w jakims normalnym stanie obudzila jutro, bo czuje sie paskudnie.

Zima w Irlandii.

W radio slychac, ze sa arktyczne warunki i ciezkie opady sniegu. Pozamykano szkoly i inne instytucje i caly czas mowi sie, ze drogi sa smiercionosne. :D Zalaczam zdjecia tej smiercionosnej sytuacji!

Ciezkie opady sniegu ponizej:

Youghal pograzony w arktycznych warunkach (owschodzie slonca, kiedy sniegu jest najwiecej):


Taa, Irlandczycy i ich strach przed zima.
Na studiach jedna dziewczyna opowiadala, ze iles osob nie przyjechalo tego dnia do pracy, bo podobno u jednej osoby nawet lezal na podworku snieg o grubosci 10cm! Kiedy zapytalam, czy nie mogli sobie tego sniegu odgarnac, to piec dziewczyn spojrzalo na mnie z oslupieniem. Ale w sumie potem pomyslalam, ze moze rekami by musieli odgarniac, w koncu tu na zime nikt nie jest przygotowany.
Ja sama juz w tym roku zaliczy;lam o wiele wiecej poslizgniec niz w Polsce, poniewaz tutaj nie ma takich luksusow w miescie, jak sypanie piaskiem, czy sola. Nie ma takich pracownikow, nie ma w kasie miasta na to przeznaczonych pieniedzy i nie ma zwyczaju. Kazdy sie slizga sam i na wlasny rachunek. Mysle, ze podobaloby sie to choremu na glowe Korwinowi-Mikke. Tutaj nikt nie ograniczalby jego wolnosci obywatelskiej o prawa do slizgania w zime, a takze nikt by jego podatkow nie wydawal na piasek. Ciekawe jakie by bylo jego rozwiazanie? Kazdy samodzielnie nosi worek z piaskiem?

A co do jezdzenia samochodem, to z sypaniem piasku jest taka sama tragedia, jak na chodnikach, czyli szklanka w niektorych miejscach. Sytuacji nie poprawia fakt, ze wszyscy jezdzimy na letnich oponach, poniewaz zimowych tu nie ma w sprzedazy, a takze fakt, ze wiekszosc kierowcow nie ma pojecia o tym, ze na lodzie trzeba hamowac pulsacyjnie, wiec przerazeni wciskaja pedall hamulca i… jada dalej. W zwiazku z tym, lacznie z zeszlym rokiem, kiedy bylo kilka dni zimy, slizgalam sie samochodem w Irlandii juz na pewno wiecej, niz kiedykolwiek w Polsce. W zeszlym roku raz jechalam do pracy 20km az dwie godziny, i to glownie bokiem. :D
Zobaczymy, co bedzie tym razem, poki co wybralam niejechanie do szkoly (60km), na rzecz uczenia sie w domu do egzaminu z innego przedmiotu. Zreszta i tak juz przyszedl e-mail z collegu, ze obecnosc nieobowiazkowa i ze juz prawie polowa studentow zglosila, ze nie przyjada.