Przepisy, kliknij w foto!

aatinyDSC_2385.jpg

Instagram

  • Homemade banana bread Recipe on my blog bananabread banana homemadehellip
    2 tygodnie ago by tattoomybroccoli Homemade banana bread. Recipe on my blog. #bananabread #banana #homemade #delicioso #lovecarbstoomuch
  • My Autumn obsession Autumn loyd loydtea plumandcinnamon
    1 dzień ago by tattoomybroccoli My Autumn obsession. #Autumn #loyd #loydtea #plumandcinnamon
  • Homemade cinnamon applesauce loaf! applesauce cinnamon cake instacake delicioso
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Homemade cinnamon applesauce loaf! #applesauce #cinnamon #cake #instacake #delicioso
  • Cinnamon Applesauce Loaf albeit in a square form as wellhellip
    1 tydzień ago by tattoomybroccoli Cinnamon Applesauce Loaf, albeit in a square form as well as loaf. Recipe on my blog. #loaf #baking #instabake #homemade
  • Good to have some jelly jello freiagele jelly yummy raspberries
    3 dni ago by tattoomybroccoli Good to have some jelly. #jello #freiagele #jelly #yummy #raspberries
  • When your homemade ravioli look like laundry that fell offhellip
    5 dni ago by tattoomybroccoli When your homemade ravioli look like laundry that fell off the line but you still can't wait to eat it! #homemade #ravioli #homemaderavioli #tortellini #yummy #delicious
Kwiecień 2004
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 38840
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 1035

Archiwa

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2004

koszulki

Zrobiłam trochę porządku w butikach, dodałam nowe zdjęcia itd.
Zapraszam do zakupów, a sądząc po ilości komentarzy (od 4 czy 5 notek zero) to robię właśnie wielką reklamę i butik.pl nie będzie mógł nadążyć z drukowaniem…
I tak, w butiku konie, można kupić na przykład taką koszulkę:

Narusa, Narusa…

Ostatnio jak pisałam o niej, to jeszcze była na etapie wbiegania kłusem do boksu i rżenia non-stop.
Dużo się zmieniło na lepsze.
Narusa chodzi w tak zwanej rekreacji, za co się musiałam nasłuchać od „koleżanek” na kursie instruktorskim, że torturuję konia. Chodzi nie więcej niż 3 godziny dziennie, bardzo często pod moim okiem. Bardzo się uspokoiła, nie widziałam jej takiej od lat. Oczywiście, jak tylko wsiądzie ktoś lepiej jeżdżący, to zaraz się kobyła budzi do życia i ciągnie do przodu. Jeśli dana osoba nie potrafi jej dobrze zamknąć i dojechać do wędzidła, to Naruska dostaje charakterystycznego pędu, także zapewniam wszystkich, że to nie jest tak, że ona jest po prostu zmęczona.
NIE, bo gdyby była taka zmęczona, to by nie waliła na przeszkody kurcgalopem, nie?
Co innego, kiedy wsiądzie początkujący. Wtedy jest łeb w dół i spokojne wożenie po placu. Jakby była do tego stworzona. To niesamowite, że można na nią wsadzić każdego, a ona zawsze będze tylko odrobinkę za trudna. Prawdziwy koń – profesor.
Fajnie też się ludziom zachowuje w terenie, bo po prostu idzie za koniem i nie da się od niego oderwać. Bardziej zaawansowani się wkurzają, bo by chcieli może czasem pójść inną ścieżką, ale Narusa się nimi nie przejmuje.
Znowu kiedy ja jadę na niej, jako czołowy, jest genialna. Żadnego płoszenia, tak jak w tamtej stajni. Żadnego świrowania, caplowania, ponoszenia, czy innych gówien. Raz jechałam na niej na oklep, prowadząc zastęp i trzymałam cały czas tylko końcówkę wodzy. Przez cały czas była przedłużenim moich nóg, stawiała je dokładnie tam gdzie chciałam.
Z walniętej folblutki zrobił się ANIOŁ.
Coraz bardziej ją kocham…

Owszem, na pewno niektórzy ludzie się już denerwują na mnie, że kiedy ktoś inny prowadzi jazdę i Narusa jest na placu, przyłażę sprawdzać jej popręg, poprawiać ochraniacze itd…
Ale ciekawe jak oni by się zachowywali, gdyby byli właścicielem takiego konia?

Poza tym, kiedy dawałam Narusę do pracy, to myślałam sobie, że będzie miała kupę miłośników, ciągle ktoś będzie ją czyścił i pieścił.
Jednak ludzie są inni.
Skakać na niej, galopować, uczyć się półparady czy zagalopowania ze stępa bardzo chcą. Ale po jeździe rzadko zdarza się, żeby ktoś chciażby pamiętał o zdjęciu ochraniaczy, a o żadnym rozcieraniu słomą, czy wyczesaniu ogona nie ma mowy.
No cóż, przynajmniej dalej czuję się Narusie potrzebna i zaspokajam swoje macierzyńskie popędy.
Jestem zadowolona z tego, co się z nią tam dzieje i jak właściciele stajni ją traktują.
Dobrze też jest mieć pewnośc, że kiedy zobaczę w jej zachowaniu zniecierpliwienie tą pracą i frustrację, mogę zapłacić za miesiąc hotelu i zrobić jej wakacje.

Pantera mówi, że już przyszła wiosna…

W sprawie nogi sprawa ma się tak, że uratowała mnie Kasia, która jest lekarzem. Okazało się, że oczywiście, że przegięłam z tym łażeniem, no i krwiak mi spłynął do stopy.
Pięknie.
Od wtorku więc muszę ciągle trzymać nogę u góry, co nie zawsze jest mi na rękę, bo czasami mam wrażenie, że dość niepoważnie z tym wyglądam.
Jak idę prowadzić jazdę, to oczywiście się wszyscy ze mnie śmieją, że „fotel trenerski”, „pani trener, to już nie wstaje do uczniów”, „może jeszcze kawę przynieść” itd.
No, ale co poradzę.
Doktor Kasia kazała.

Poza tym, zajrzałam jakiś czas temu na bloga De ( jest w linkach ), a tam link do gry.
Totalne UZALEŻNIENIE!!
Polecam tym, którzy się nie boją :)

A tak było na kursie instruktorskim:

Masakry piłą motorową ciąg dalszy

Jest w Polsce moja kochana Monika i staram się z nią spędzić jak najwięcej czasu, ale i tak to zdecydowanie za mało.
Spałam dzisiaj w jej pokoju i tam jest tak fajnie, nawet ramki ze zdjęciami są obszyte jakimiś szmatkami, koronkami, a w drzwiach na tej szybie, co zawsze jest w blokach, Monika ma taki fajny witraż z ponaklejanych szkiełek. Jak to jest, że jej się tyle rzeczy naraz chce robić?

Wczoraj była prawdziwa masakra, bo miałam milion jazd na placu. Normalnie, to bym się chociaż z którąś grupą wybrała w teren zamiast tam stać w piachu, ale noga nie pozwala. Cały dzień łaziłam po placu, a potem jak posiedziałam z Moniką w kolejce do Gdańska, to był zonk. Okazało się, żę noga mnie napierdala jak diabli. Niestety do dzisiaj nic się nie zmieniło. Ciągnie, jakoś piecze dziwnie i jest taka drażliwa, mimo, że skóra nie jest uszkodzona w tych miejscach, gdzie boli.
Dzisiaj wybieram się do koleżanki – lekarki, żeby mi powiedziała co dalej z tym zrobić, bo trochę się tego przestraszyłam.
Może wczoraj przegięłam z tym staniem na placu i łażeniem nie wiadomo ile godzin?
No, ale trudno, za to odebrałam dzisiaj zdjęcia, na których mam śliczne rasowe konie, które nam pokazywali w Zakrzowie.
Jeden lusitano, oldenburg i dwa folbluty, ale bardzo różne pokrojowo.
Zdjęcia są super.
Poza tym kocham mojego Zbyszka, bo jest najfajniejszy.

Tak sobie zrobiłam, a co?

Proszę jak sobie pięknie zrobiłam.

Pojechałyśmy z moją kochaną Moniką w teren. Ani i nam żal było tych kochanych spokojniutkich koni, bo świeciło słońce i wiadomo było, że zaraz się zleci kupa ludzi, żeby je zajeżdżać na śmierć. Wobec powyższego Monika pojechała na Konanie, a ja na Kaprysie.
Zaraz jak wyjechałyśmy ze stajni, zadzwoniła moja Mama, że jak mnie nie było, to mi zmienili plan lekcji w szkole i z tego, co ogólnie mówiła wynikało, że już mamy wracać. No, może przesadzam, ale bardzo nam się spieszyło. Okazało się, co dobitnie odczułam, że POŚPIECH JEST WSKAZANY PRZY ŁAPANIU PCHEŁ.

Galopowałyśmy wszędzie gdzie się dało i może faktycznie nie wzięłam trochę pod uwagę tego, że na takich młodziakach nie jest mądrze się pchać galopem w każdy zakamarek…
Wyjechałyśmy nagle na polankę w lesie, gdzie były prowadzone jakieś prace przy młodych drzewach. Uznałam, że lepiej się leśnikom nie pętać przed oczami i powiedziałam: „no, to jedziemy”. Tyle sobie zdążyłam rzec, kiedy Kaprys najpierw gwałtownie ugiął nogi, a potem z takiego niskiego pułapu rzucił się w lewo. Niestety nie o 180 stopni, tylko prosto na gęste drzewa. Zdążyłam z całej siły złapać go za pysk, więc pierwszą foule wyskoczył bardziej do góry niż do przodu. Wszystko to działo się w ułamkach sekund. Nagle przed moimi oczami znalazła się potężna gałąź. Udało mi się zrobić jakiś dziki unik, rzucając się Kaprysowi na szyję. Wtedy poczułam, że on robi drugą foule, a ja nie trzymam go za pysk, bo wodze są za długie. Wyprostowałam się z powrotem i poczułam z lewej strony silne szarpnięcie. Leciałam na prawą stronę, trzymając prawą ręką wodze. Patrzyłam jak lecę i odczuwałam ulgę, że przynajmniej się nie zabiłam o pień drzewa. Wylądowałam na lewym boku, wodze szarpnęły po drodze moim prawym ramieniem, ale puściłam je. Chyba doszłam do wniosku, że leżąc na ziemi nie mogę być wystarczającym autorytetem dla konia…
Chciałam szybko wstać, przetoczyłam się na prawy bok i zatkało mnie. Byłam pewna, że to przez uderzenie w przeponę i próbowałam sobie krzyknąć, żeby to odblokować. Wtedy okazało się, że z przeponą wszystko w porządku, nic się nie zablokowało. Coś mnie strasznie bolało, przez to nie umiałam porządnie oddychać.
Skoncentrowałam się więc na pierwszym normalnym wdechu i zaczęłam krzyczeć, wyć z bólu. Wgryzłam się zębami w mięciutkie, pyszne liście i wrzeszczałam, bo myślałam, że jak nie będę wrzeszczeć, to zwariuję. Przez pewien czas faktycznie nie mogłam robić nic innego, musiało to trwać kilkanaście sekund, ale wydawało mi się, że to wieczność. Wreszcie dotarło do mnie, że to lewa piszczel tak mnie boli, zobaczyłam korę drzewa na ochraniaczach. Jakoś przestało tak strasznie boleć, albo po prostu pocieszył mnie fakt, że noga nadal jest ze mną :D.
Uznałam, że czas się zająć czymś innym, bo i tak nie przestanie tak za chwilę boleć, a czas leci, koń z Moniką na grzbiecie gdzieś pogalopował w tak zwane pizdu. Zadzwoniłam do Anki do stajni, żeby szukała Moniki i jak wkładałam telefon z powrotem do kieszeni, to zobaczyłam jak Monika do mnie biegnie. Bardzo mi ulżyło, że skoro tak biegnie, to wszystko z nią ok.
Zaraz chciała mnie podnosić, ale się nie dałam, bo jakoś mi sie nagle przypomniało z zajęć z bezpieczeństwa, że muszę sama, a jak nie dam rady to pogotowie. Dałam radę i nawet przeszłam niezły kawałek drogi, aż Ania zabrała mnie do samochodu.

Nic się ostatecznie nie stało. Lewą nogę mam spuchniętą jak balon i bolą mnie chyba wszystkie możliwe mięśnie, ale za takie rzeczy odszkodowań nie ma, więc się nie liczy.

Wszystkich wstrząśniętych i ewentualnie chętnych na jazdę informuję, że konie znajdujące się na tym etapie, co Kaprys nie są używane w rekreacji, a sam Kaprys nie jest niczemu winien. Ja sama jako świadoma osoba podjęłam takie ryzyko i mogę zapewnić, że osobie przychodzącej na jazdę nic takiego się nie przydarzy…
To tyle względem dyplomacji.